Co przywodzi Wam na myśl termin „sologamia”? Bo mi, przyznam bez bicia, kolejna -gamia skojarzyła się dość jednoznacznie i seksualnie, o ile seks można uprawiać z mniejszą ilością osób, niż jedną. Okazało się jednak, że jestem w błędzie i nie o to dokładnie chodzi. Choć trochę i o to.

Jakoś tak się porobiło na tym świecie, że jesteśmy coraz bardziej samotni. Jeździmy i osiedlamy się coraz dalej, coraz rzadziej rodzina siedzi w obrębie kilku wiosek. Jednak i to nie ma związku z sologamią. Sologamia jest taką trochę celebracją bycia samemu. Bez chłopa, bez baby, bez poważnego związku. Właściwie to dopełnieniem sologamii jest ślub z samym sobą.

Pewnie kojarzycie liczne dowcipy rysunkowe, gdzie mężczyzna ląduje na ślubnym kobiercu, przebierając zawczasu własną rękę w ślubną sukienkę? Bo mi sologamia dokładnie z tym się skojarzyła. Drugą myślą było: jak bardzo zakompleksionym trzeba być i jak potrzebować uwagi innych, żeby wymyślić ślub samotności udzielany samemu sobie?

Źle jest być samemu?

Dyskryminuję takim myśleniem osoby samotne? Nie, ja jak najbardziej uważam, że samotność można celebrować. Nawet jeśli nie jest ona stanem, którego od życia oczekiwaliśmy i wciąż szukamy księcia na białym rumaku albo księżniczki, która zrzuci nam warkocz z szóstego piętra gierkowskiego bloku. Póki jesteśmy samotni, można się tym stanem cieszyć. Nikt od samotnych nie oczekuje, że będą gryźć nerwowo paznokcie podczas poszukiwania drugiej połówki albo biegać na fast date tournee po kraju.

Rozumiem też opcję wyśmiania samotności. Ironia jest czymś, co uwielbiam i jeśli na mojej imprezie ktoś pojawiłby się z osobą towarzyszącą, którą byłaby na przykład własna rąsia, prawdopodobnie przyklasnęłabym pomysłowi, zwłaszcza jeśli byłaby to impreza składkowa i rąsia płaciłaby za siebie. Doszły do mnie słuchy, że rąsie dużo nie jedzą, piją również mało.

Mało tego, rozumiem wybór samotności jako drogi życiowej. W religii katolickiej jest nawet stan zwany powołaniem do życia konsekrowanego, gdzie dana osoba składa śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Taka służba Kościołowi, tyle że nie siedzi potem w zakonie, a pracuje z nami, podróżuje – robi to, co my wszyscy. A poza religią katolicką? Mamy pewnie wielu innych, którzy z różnych przyczyn zdecydowali się nie zakładać związków i nie zawierać małżeństw. Czemu by nie miało tak być? Po co ich zawczasu krytykować?

Więc czemu jestem przeciw sologamii?

Skoro uważam, że samotność można lubić i się w niej rozsmakować, można z niej żartować, a nawet można ją ślubować, o co mi chodzi? Przecież połączenie tych trzech czynników daje w teorii sologamię!

Przypomnę więc zdanie z początku: jak bardzo zakompleksionym trzeba być i jak bardzo potrzebować uwagi? Celebrować zaślubiny samego siebie? Robić szopkę z suknią ślubną, weselnymi zabawami, dekoracjami i innymi tylko po to, żeby udowodnić wszystkim naokoło, a zapewne przede wszystkim sobie, że jesteśmy dla siebie ważni i że się kochamy? To już naprawdę nie lepiej napisać o tym posta na facebooku i poprosić wszystkich o polubienie?

Intuicyjnie jakoś wydaje mi się, że jeśli rzeczywiście celebrujemy bycie ważnym dla samego siebie, nie musimy o tym trąbić. Po prostu jesteśmy dla siebie tymi ważnymi osobami i tyle. Samotność nie jest jakąś zmianą stanu, którą trzeba byłoby ogłaszać znajomym, rodzinie i przyjaciołom oraz kupować dla niej białe gadżety i obrączkę. A jeśli pragniemy jednak tej ślubnej otoczki? Może warto zastanowić się, dlaczego tak jej pragniemy?

I czy nie narażamy się na śmieszność, powodując że za jakiś czas będziemy umieszczani jako ci, którzy wzięli ślub z własną łapą?


Tradycyjnie, zapraszam na fanpage, bloglovin’ oraz instagrama 😉 

Komentarze

komentarze