„A gdzie kaganiec?” spytała się złośliwie kobieta w centrum handlowym, widząc smycz dla dziecka, a na jej końcu biegającego małego wesołka. Pomijając fakt, że kaganiec bez wątpienia należał się złośliwej kobiecie, której pomógłby trzymać język za zębami w sytuacji, gdy nie powinna go stamtąd uwalniać, szelki i przyczepiona do nich smycz wciąż niestety budzi sporo kontrowersji.

Pierwszy raz zetknęłam się z tym wynalazkiem podczas opieki nad młodszym bratem. Dużo młodszym, właściwie byłam już dorosła, brat zaś żywiołowy i pełny energii. Za rękę iść nie chciał, no bo Jezusie i Maryjo! Z siostrą? No chyba nie zgłupiał, w przedszkolu życia by nie miał, jakby kto przyuważył. Matczyną ręką zresztą równie często potrafił gardzić. A że energia go rozpierała i nigdy nie wiadomo było… i jest, co mu strzeli na ulicy do łba, matka kupiła smycz dla dziecka.

I to był strzał w dziesiątkę. Zakładało się Młodemu uprząż, trzymało mocno i nikt nie musiał się bać, że się koń narowisty pod samochód zaraz właduje. Przy tym szelki dają dziecku maksimum swobody, bo idzie samo, obok opiekuna, nikt ręki nie szarpie, maluch może przystanąć chwilę, kiedy chce, może pójść trochę szybciej, nadać tempo, jeśli opiekun się wlecze, zwolnić jeśli idzie za szybko… Właśnie zdałam sobie sprawę, że smycz dla dziecka ma więcej funkcji niż Furby ze średniej półki!

Same plusy!

Tak myślałam, do momentu, gdy mijałam zgorszoną matkę z dwójką dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Notabene, rozpoznałam w niej moją nauczycielkę w-fu z gimbazy, ale to nie ma nic do rzeczy i nawet nie dlatego chcę likwidacji tych durnych gimnazjów (KLIK!). W każdym razie, kobieta spojrzała się, jakbym co najmniej właśnie czyściła klatkę po chomiku na jej wycieraczce i zaczęła jęczeć, nie wiadomo czy bardziej do mnie czy do dzieci: „No weźcie! Tak dziecko traktować? Tak biedne dziecko traktować? Jak tak można?” Jęczybuły raczej omijam, dość mam swoich problemów. Parsknęłam więc śmiechem, ogarniając refleksją poziom nauczycieli w-fu w moim byłym gimnazjum i czym prędzej się oddaliłam.

Wtedy też zdałam sobie sprawę, że smycz dla dziecka może się kojarzyć. Rozumiecie, byłam już pełnoletnia, studiowałam, a nie zdawałam sobie sprawy, że szelki, a do nich przyczepiona smycz może komuś przywieść na myśl psa albo inną negatywną sytuację. No dobra, niech będzie, ale to znaczy, że matka ma się mocować z dzieckiem i ryzykować bezpieczeństwem, bo idącej grażynie czy januszowi się brzydko kojarzy? Albo ma dziecko wozić w wózku do trzeciego czy czwartego roku życia, bo komuś szelki śmierdzą?

Żeby skojarzenia były mniej bolesne, wymyślono nawet, że smycz przyczepi się nie do szelek, a do plecaka, który dziecko będzie nosiło na plecach. Osobiście średnio mi się ten pomysł podoba, biorąc pod uwagę że małe dziecko nie zawsze jednak chce ten plecak nosić. Nie miałam jednak okazji wypróbować i być może mile bym się zaskoczyła.

Moje doświadczenia

Dlatego też na pierwszy spacer ze smyczą i moim już maluchem, wybierałam się nie bez obaw. To była chyba jedna z niewielu sytuacji, w których obawiałam się nie tyle reakcji żywiołowego dziecka, co osób, które będą mnie widzieć. Mile się jednak zaskoczyłam, bo mimo kilku już spacerów, nikt mnie jeszcze nie skrytykował, choć miałam już w zapasie mistrzowską i ciętą ripostę w postaci sss… oczystej porady udania się daleko stąd szybkim tempem. Póki co, niepotrzebnie. Tuptająca Młoda wywołuje zwłaszcza w starszych ludziach raczej uczucie rozczulenia i rozbawienia, niż chęć poniżenia jej matki i zasugerowania, żeby kaganiec dokupiła, to już w ogóle, hehe, będzie zabawnie.

I oby tak zostało, zwłaszcza że po pięknym czasie przyjaźni z wózkiem ten znów wywołuje atak histerii. Propozycja wzięcia na ręce również. Zostaje więc zawierzyć nieco nogom Młodej. Że nie zachce jej się nagle pobiec do gołębia na ulicy, w to nie uwierzę. Dlatego też smycz dla dziecka jak najbardziej pozostanie w użyciu.

I będzie używana bez względu na to, jak zgorszony będzie przypadkowy przechodzień.


Polub mój fanpage! Obiecuję jeszcze więcej atrakcji 🙂

Komentarze

komentarze