Na samym początku byłam nastawiona dość sceptycznie. Zwłaszcza że o akcji usłyszałam, zanim obiegła ona media i została w jakiś sposób przez Polaków przyjęta. Przyznam, że nie wierzyłam w jakikolwiek większy odzew. Widziałam to raczej jako modlitwę w kilkunastu grupkach w różnych miejscach – taką, po której podziękujemy sobie wzajemnie za przyjście i wrócimy do domu. Taką jakich wiele, co nie znaczy że niepotrzebną.

Bo w to, że chcę w tym uczestniczyć, nie wątpiłam. Bloga piszę dla wszystkich, nieczęsto wrzucam tu teksty o treści typowo katolickiej, dziś jednak zrobię wyjątek i myślę, że reszta czytelników taki wyjątek zrozumie 😉 nie wątpiłam w to, że chcę uczestniczyć, bo modlitwę różańcową uważam za taką, która ma ogromną moc, czego zresztą doświadczyłam.

Bardzo też spodobał mi się wymiar przedsięwzięcia. W ostatnim czasie w Polsce mamy do czynienia z wieloma zgromadzeniami publicznymi, które są „przeciw” czemuś i dobitnie to pokazują. To są zgromadzenia, które z czymś walczą, czegoś mocno żądają – i ja tu absolutnie nie oceniam! Nieraz walczymy o sprawy ważne i nie twierdzę, że nie mamy prawa krzyczeć na ulicach. Czasem wręcz powinniśmy. Dlaczego jednak teraz wrzucam te wszystkie manifestacje, często przeciwstawne i kontrujące się, do jednego wora? Dlatego że tutaj krzyku nie było. Nie było walki, a wręcz przeciwnie. Wszystko miało wymiar strasznie pozytywny. Po prostu – mnóstwo ludzi miało stanąć symbolicznie na granicy i zacząć się modlić na różańcu. Za Polskę, za siebie, za ludzi obok i za innych.

Skąd więc tyle hejtów?

A krytycznych komentarzy było sporo. I niestety, rzadko kiedy natykałam się na kogoś, kto rzeczywiście chciał wyjaśnienia. W komentarzach aż roiło się od wulgaryzmów, wyzywania modlących się od tępych idiotów, fanatyków, wrzasków że z modlitwą to do kościoła, zamiast zgrywać z siebie pajaca na ulicy, wyciągania urywków z Biblii mających niby świadczyć, że katolik ma się modlić w swoim domku, najlepiej tak, by nikt nie wiedział że jest katolikiem i broń Boże nie „zarażał” swym katolstwem innych.

Poważnie, czytając miałam wrażenie, że spotykamy się tam na jakiś rytualny gwałt, zamiast spokojnie pomodlić się na różańcu. Sama przyznam, że bałam się nieco wrzucić informację o zabawnej historii, która spotkała mnie podczas akcji, na fanpage. Stwierdziłam jednak, że co jak co, ale chyba o ludzi lubiących moją stronę bać się nie muszę, bo to ludzie kulturalni, bez względu na to czy akcję chcą omijać z daleka czy też w niej uczestniczą. I na szczęście nie zawiodłam się!

Dostawało się również ambasadorom inicjatywy. Było ich sporo, bo Różaniec do Granic reklamowali między innymi Przemysław Babiarz, Dominika Figurska oraz Cezary Pazura. I mam wrażenie, że właśnie Cezaremu Pazurze za swoje poglądy oberwało się najmocniej. Szambo wylało się okrutnie, aż żal było to czytać, ale jak widać, zawsze znajdą się fanatycy, którzy znajdą najbardziej chamskie słowa, by dowalić innym. Oczywiście, poza wulgarnym hejtem, rozumiem zastrzeżenia co do reklamowania inicjatywy katolickiej przez kogoś, kto nie żyje w związku sakramentalnym. Również dla mnie jest to temat problematyczny, tym bardziej rozumiem podejmowanie rozmów na ten temat. Tylko czy potrafimy to jeszcze robić kulturalnie?

No właśnie – odniosłam wrażenie, że sam hejt bardzo nakręcił wielu do akcji – zwłaszcza młodych! Tak to już jest, że Polacy lubią grać na nosie i robić to, czego nie życzą sobie inni. Oczywiście, gra na nosie sama z siebie jest pewnie słabą motywacją do modlitwy, ale jeśli pociągnęła temat dalej – czemu nie?

A jak było?

Było naprawdę pięknie! Zacznę może od Mszy, bo coś czuję, że kazanie bardzo spodobałoby się tym, którzy inicjatywę krytykowali. A była w nim mowa o tym, że jeśli dziś chcemy coś zmienić, jeśli dziś chcemy, by Polska rzeczywiście była lepszym krajem, bycie lepszym zaczynamy od siebie. Inicjatywa ma przede wszystkim zmienić mnie, która w niej bierze udział. A potem ewentualnie lecieć ze zmianą do innych. Prawda że ładne? A jakie proste! Mimo to, przyznam, że sama o tym truizmie zapominam.

A dalej? Dalej było morze. Zarówno to nasze, Bałtyckie, jak i w postaci mrowia ludzi. Starzy, młodzi, samotni, z przyjaciółmi, z połówką, z dziećmi – demokratycznie. Ciężko było wskazać jakąkolwiek dominującą opcję. Po prostu byli ludzie. Ktoś proponował krzesełko, bo siedziałam na piachu, ktoś zapraszał do słuchania przez radyjko, bo główny głośnik padał. No i był Różaniec do Granic. Długa, przejmująca modlitwa, w którą łatwo było się zatopić.

Wielu krytykowało inicjatywę również dlatego, że nie widziało w niej szansy na zmiany. Bo co z tego, że były Światowe Dni Młodzieży (KLIK! Tu o nich piszę) czy inne zloty, skoro nic się w związku z tym nie dzieje, a świat umiera, powoli ginie i ogólnie jest coraz gorzej? No więc – nie wiem czy jest gorzej czy lepiej. Nie mam „złometra” i nie dysponuję innymi pomiarami. Wiem tylko, że takie wydarzenia na ogół świata nie zmieniają. Na ogół – bo różnie może być. Zmieniają pojedynczych ludzi, dzieją się cuda w skali mikro. Nie, nie cuda na zasadzie „Bum, wróciłam do domu, a na koncie pińćdziesiont tysięcy na wkład za mieszkanie”. Nie powiem że gdyby nie ten różaniec, mecz Polska – Czarnogóra wyglądałby inaczej. Nic nie powiem, bo i po co?

Bo kto był, tego przekonywać nie muszę że warto. Nikogo nie przekonam na siłę, w zęby nie dam dlatego, że ktoś ma wątpliwości. Po prostu poszłam się pomodlić, z tysiącami innych ludzi. Bo „Gdzie dwaj albo trzej zebrani są w imię Moje, tam Ja jestem pośród nich”. Dla siebie i dla innych.


Przeczytałeś? Zapraszam do polubienia fanpage’a! Możesz również podać dalej, jeśli Ci się podobało 😉 

Komentarze

komentarze