Jeszcze jakiś czas temu byli zupełną mniejszością. Pamiętacie opowiadania o dziwnych ludziach na wsiach, którzy mieszkali samotnie i nie mieli wokół nikogo bliskiego? I w miastach zresztą zawsze bacznie obserwowało się mieszkania osób, do których nikt nie przychodził. A dziś? Rośnie ilość samotnych ludzi i wszystko wskazuje na to, że rosnąć będzie.

Jeśli mowa o samotnych osobach, mam na myśli tych, którzy nie mają kontaktu z bliską rodziną, mają słaby kontakt albo też takiej rodziny nie posiadają. Samotni są nieraz ci, którzy odchowali już dzieci albo ich nie mają i już mieć nie będą. Tyle że samotność nie dotyczy jedynie osób starszych, choć tych jest najwięcej.

Z relacjami przyjacielskimi bywa różnie. Fakt, wielu z nas ma przyjaciół, którzy są bliżsi niż rodzina, nie da się jednak ukryć, że takie relacje dużo łatwiej ulegają rozluźnieniu. Czasem wystarczy przeprowadzka czy inny czynnik, żeby kogoś, kto był z nami blisko, stracić i by kontakt się urwał. Bywa, że wraz ze starością pojawiają się problemy, a one również nie sprzyjają trwałości relacji.

Sytuacji nie poprawia rozluźnienie obyczajowe w kwestii związków. Coraz rzadziej zawieramy trwałe małżeństwa, wolimy związki partnerskie, które, co ciekawe, u osób gorzej usytuowanych nazywają się konkubinatami – bo przecież w gazetach jeśli mowa o zachowaniach w społecznych nizinach, zawsze występuje konkubent, nie partner. Takie związki mimo wszystko są mniej trwałe, a i w małżeństwach o trwałość uczuć, jak się okazuje, coraz ciężej (KLIK! Tu pisałam o rozwodach).

To problem występuje na tak wielką skalę?

Może nie ma o czym mówić? Zawsze przecież ktoś był samotny, czy teraz statystyki wyglądają dużo gorzej? Jak się okazuje, dobrze nie jest. W USA już 35% ludzi powyżej 45 roku życia twierdzi, że nie ma nikogo, kogo mogliby nazwać bliską osobą. W Wielkiej Brytanii nie jest lepiej – niektóre regiony utworzyły ponoć specjalne linie telefoniczne, tylko po to żeby seniorzy mieli z kim pogadać. Ewentualni krewni nie mają czasu dla starszej osoby, często też mieszkają daleko. Coraz częściej przecież podróżujemy i przenosimy się na stałe w całkiem inne miejsca.

USA daleko? Rzeczywiście, Szwecja jest bliżej, a jak się okazuje, oni dzierżą palmę pierwszeństwa. Tu niemal połowa obywateli żyje w pojedynkę. Może być bardziej przykra statystyka? Może i zaraz Wam ją przedstawię. Co czwarty mieszkaniec Szwecji umiera w samotności. To znaczy że często nikt nawet nie wie, że umarł, jeśli tylko nie zginął w miejscu nieco bardziej dostępnym dla ludzi, niż własne mieszkanie. Po prostu któregoś dnia na klatce zaczyna mocniej śmierdzieć i sąsiedzi przypominają sobie, że coś dawno pani spod piątki nie widzieli.

A jak jest na naszym podwórku? Co czwarte gospodarstwo w Polsce jest jednoosobowe. To oczywiście nie oznacza automatycznie samotności. Przecież nieraz wyprowadzamy się od rodziny i nadal utrzymujemy bliskie kontakty. Wiele z tych osób ma czas, by związać się z drugą osobą, może nawet by mieć dzieci, choć oczywiście nie są one gwarantem przeżycia do końca swoich dni w towarzystwie. Czy w takim razie nie mamy problemów z samotnością? Biorąc pod uwagę wszystko to, co samotność powoduje, chyba nie ma się co oszukiwać.

A co powoduje problemy z samotnością?

Poza wspomnianym już rozluźnieniem obyczajów? Nieraz czas. Jeśli małżonek umiera w wieku, w którym drugiego człowieka do życia znaleźć ciężej, a nieraz już się po prostu nie chce, na samotność jesteśmy wręcz skazani. U młodszych samotników brakuje nieraz rodzeństwa. Coraz częściej mamy tylko matkę i gdy jej zabraknie, nagle nie ma nikogo. A przecież rodzin wielodzietnych nie jest już tak dużo, jak kiedyś.

Bywa też tak, że sami odcinamy się od rodziny, zwłaszcza tej toksycznej. Kiedyś po prostu się w niej żyło, czasem cierpiąc i nie bardzo mogąc się wyrwać z matni, w której z dnia na dzień czuliśmy się coraz gorzej. Może to w tym wszystkim jedyna pociecha? Możemy dziś nie chcieć tych relacji utrzymywać, jeśli nie da się z nimi nic zrobić, a wpędzają nas w ostre kompleksy, a nawet depresję.

Nie zakończę żadnym morałem ani prośbą, żeby odwiedzić starszą panią z klatki, do której dawno nikt nie przyszedł. Myślę, że sami dobrze ogarniamy skalę mikro zjawiska samotności i robimy tyle, co możemy. Być może już po tej skali widzimy, że rośnie ilość samotnych ludzi, zwłaszcza jeśli mieszkamy w większym mieście. Jeśli nie, może garść statystyk uświadomi nam, że ludzkości przybył istotny dość problem.

Bo dziś w wielu miejscach nie ma problemów z jedzeniem, z pieniędzmi czy komfortem życia. Wręcz przeciwnie, często stoimy z tym na wysokim poziomie. Może więc umieramy samotnie, ale za to nieraz z pełnym kontem, w pięknie urządzonym mieszkaniu za mnóstwo tysięcy. W drogich ubraniach. Pocieszające?

 

Komentarze

komentarze