Wyobraź sobie, że pracujesz w przedszkolu. Masz bliski kontakt z dziećmi, jak to nauczyciel – bawisz się z nimi, zdarza Ci się biegać, turlać po dywanie ( Ha! Taką pracę mieć!), a nawet przytulać. Któregoś dnia dostrzegasz we włosach dziecka małe żyjątka. Wszy w przedszkolu – skupisku małych dzieci, dla których strefa intymna jest czasem sprawą obcą, a więc gdzie rozprzestrzenią się szybko. Co możesz zrobić? Jak się okazuje, niewiele.

Wszawica nie znajduje się bowiem w wykazie chorób zakaźnych, jako że te małe cholerstwa nie przenoszą już groźnych chorób. Super, nie? Po co w takim razie je tępimy, skoro nic nam się w związku z nimi nie dzieje? Dur brzuszny nam już nie zagraża, więc niech sobie po nas łażą. A że dziecko nie może się skupić, bo wszystko go swędzi? Oj, bez przesady. W każdym razie, pielęgniarka przedszkolna (są jeszcze gdzieś takie?) nie może już ot tak sprawdzać głowy dziecka. Sanepid zaś twierdzi, że tak naprawdę przedszkole nie może się uprzeć na pozostawienie malucha w domu.

I jak się okazuje, wiedzą o tym rodzice. Nie tak dawno przeczytałam na forum pytanie załamanej nauczycielki, która szukała pomocy po tym, gdy wezwała matkę do zawszonego dziecka i poprosiła o nieprzyprowadzanie, dopóki wszy i gnidy sobie nie pójdą. Ta zaś stwierdziła, że przyprowadzać będzie, bo Sanepid nie zabrania, a nauczycielka tradycyjnie się czepia. I tak wszy w przedszkolu mogły hasać sobie do woli. Ręce opadają? Ano, opadają.

A teraz wyobraź sobie, że Twoje dziecko zaraziło się wszami właśnie dlatego, że ta dziewczynka nie została szybko wzięta do domu i bawiła się dalej. Matka mogła zapobiec rozprzestrzenianiu się małych żyjątek wśród innych dzieci, ale po co? Niech inne matki również bawią się w pranie wszystkich rzeczy w domu i kupowanie specjalnych szamponów. Niech bawi się w to nauczyciel ze swoją rodziną. Odpowiedzialność – poziom parteru. I tak, wiem że matki pracują, mają mnóstwo innych zajęć. Tylko czy w pracy również będą zarażać innych? Bo skoro dziecko ma, nie wierzę że to tylko jego problem.

Bo tak – wszy nie są dziś groźne

A operacja ich usunięcia nigdy nie była tak łatwa, jak teraz. Co jednak, gdy wracają, bo jedna upierdliwa matka nie chce zostawić dziecka w domu i żyjątka wędrują sobie od żywiciela do żywiciela? A wystarczyło tak niewiele, dwa, może trzy dni urlopu.

Że głupio się przyznać? Może i fakt – jakieś trzy lata temu usłyszałam od zgorszonych koleżanek w pracy, że wszy to typowa choroba brudnych włosów. Kiedy próbowałam oponować oraz wyjaśniać że to urocze żyjątko jest stworzeniem demokratycznym i nie pogardzi zarówno tłustą nastoletnią patelnią, jak i pięknym ułożonym sombre spod prostownicy, napotkałam opór. No bo ty głupia, jak się myje włosy to się wszów nie ma! Pani zapamięta! A nie mieszkam na zapadłej wsi, koleżanki miały wyższe wykształcenie. Tym bardziej przykre.

Pamiętam też, gdy wszy miała jedna z dziewczynek na osiedlu (kto z nas zresztą kiedyś nie zetknął się z panem Gnidkiem i jego świtą?) . Jako że dziewczynka stykała się również z naszym domostwem, powiadomiliśmy, uprzejmie i taktownie zresztą, matkę. Efekt? Oburzenie. JEJ dziecko wszy nie ma! Wszy to możemy mieć my i reszta osiedlowego plebsu. Ona jest zadbana. Córcia również. Proszę jej wszy nie imputować. A potem dziwimy się, że problem narasta.

A przecież jeśli zauważymy problem szybko, wystarczy najczęściej niewiele. Dobry szampon, wypranie rzeczy i ubrań, z którymi mieliśmy styczność, w 60 stopniach, powtórzenie procesu, czasem dla pewności raz jeszcze – i gotowe. No i zostawienie dziecka na dni kilka w domu. Tylko po co ułatwiać życie sobie i innym? Przecież Sanepid nie zabrania…


Spodobał Ci się post? Wpadnij na fanpage Rozkminy Tiny 🙂

Komentarze

komentarze