Kto to taki ta przedszkolanka? To ona uczyła ledwo odrośniętego od ziemi berbecia, jak ładnie jeść przy stole, nie brudząc się przy tym, jak kulturalnie korzystać z toalety, bawić się tak, by nie przeszkadzać innym, to ona uczyła różnych prawideł przyrody, przygotowywała do nauki czytania i pisania oraz kształciła wiele innych umiejętności, o których wielu z nas nawet nie zdaje sobie sprawy.

Dziś przedszkolanka o takie nazewnictwo często się obraża. „Przedszkolanka to dziewczynka uczęszczająca do przedszkola! Ja jestem nauczycielem!”- krzyczy. Innego zdania jest jednak prof. Mirosław Bańko, który co prawda podkreśla, że „Wychowawczyni w przedszkolu to przedszkolanka, bardziej oficjalnie nauczyciel przedszkolny lub nauczyciel przedszkola (…). Można też oczywiście mówić o wychowawcy przedszkolnym, wychowawcy w przedszkolu, a jeśli komuś zależy na podkreśleniu płci – o wychowawczyni.” Zaraz jednak dodaje: „Dziecko, które rodzice oddają do przedszkola, to przedszkolak. Nazwa ta odnosi się i do chłopca, i do dziewczynki(…). Nasuwa się więc forma przedszkolaczka, słaba o tyle, że nie udało mi się znaleźć tworu analogicznego (ani umarlaczka, ani żigolaczka, ani tym bardziej niemowlaczka nie dają oparcia i trzeba szukać przykładów odleglejszych, jak kresowiaczka).” 

Mnie zaś zastanawia, co obraźliwego jest w przedszkolance? Fakt, że czasem społeczeństwie, również wśród innych nauczycieli, taka kobieta wciąż kojarzy się z nienormalnie zdrabniającą słowa, ciągle „ciumkającą i dziamgającą” do dzieci kolorowo ubraną, nieco infantylną i nadmiernie wesołą pedagożką. I rzeczywiście, na studiach pedagogicznych śmialiśmy się, że na korytarzu uczelni dość wyraźnie widać, kto wybrał specjalizację przedszkolną. Specyfika była wyraźna. Drażniły nas nieraz ich zdrobnienia („Ja dla swoich dzieciaczków zrobiłam konkursiki” – usłyszałam kiedyś od blisko 40-letniej kobiety z podyplomówki w studenckim barze), zwłaszcza że nam, przyszłym oligofrenopedagogom, zdrabniać nie było wolno. Za to absolutnie, nie były to smętne i powolne kobiety – energia i zapał szły przed nimi, zanim jeszcze przedszkolanki wychynęły zza rogu korytarza!

Jak się okazuje, życie ciekawie się toczy. Mimo braku specjalizacji przedszkolnej, wylądowałam w przedszkolu i to dwa razy. Pierwszy raz w wakacje, jeszcze przed ukończeniem studiów, następnie na stałe, już po zdobyciu wyższego wykształcenia. Pewnie byłam nietypową przedszkolanką, bo opiekowałam się głównie dziećmi niepełnosprawnymi, jednak przedszkolanką jak najbardziej byłam. I tak, naprawdę nie rozumiem, czemu miałabym się obrażać na takie określenie? Czemu ktokolwiek z nauczycieli pracujących w przedszkolu miałby się obrazić?

Jeśli nie będą nazywać nas nauczycielami, nigdy nie zdobędziemy szacunku!

Zła wiadomość jest taka, że dziś ani zawód nauczyciela w przedszkolu, ani w szkole podstawowej, ani tym bardziej w gimnazjum i dalej, nie cieszy się szczególną estymą. Znacie ten obrazek, gdzie jeszcze kilkanaście lat temu nauczyciel wespół z rodzicami pochyla się groźnie nad uczniem, pytając, za co ta jedynka? Dziś to rodzic z dzieckiem groźnie pochyla się nad nauczycielem, warcząc, jakim prawem dziecku wstawiono jedynkę. Nie będę tu dywagować o potrzebie zmiany szkolnictwa, dostosowania go do dzisiejszych czasów i rozwoju kreatywności, winie rodzica i samego pedagoga. Po prostu – nauczyciel dziś nie jest kimś, przed kim zdejmuje się kapelusz i tyle. Przedszkolanka nie ma co mieć kompleksów.

Bo ludzie myślą, że przedszkolanka tyłki wyciera!

Rzeczywiście, uwłaczające. Dziecięcy, nie łudźmy się, nieraz wycierany przez nas tyłek jest rzeczą okropną, robimy to wstydliwie, próbując w domu zapomnieć i nerwowo zajadając smutki. Na nic to jednak, gdyż wspomnienia odzywają się w nocy. A poważnie, oczywiście, nie jest to czynność, do której przygotowywałyśmy się trzy czy pięć lat na studiach, prowadzenie efektownej edukacji jest dla nas ważniejsze. Z drugiej strony, zawsze możemy pocieszyć się, że bez dobrze wytartego tyłka, który nie swędzi na zajęciach, dobrej edukacji ani niczego innego nie będzie.

Na papierze mam „nauczyciel”!

No masz. Masz i nikt Ci tego nie odbierze, nie wykreśli i nie napisze „a jednak przedszkolanka, hehe”. Tym bardziej nie rozumiem, o co pretensje? O to, że ludzie nie zwracają się do nas nazwą przyjętą na papierze? Nie wołają też „pani magister” i nic się nie dzieje. Owszem, przedszkolanka nie widnieje w spisie zawodów i jest nazwą potoczną. Podobnie jak nazwą potoczną jest często „ciocia”, która w wielu przypadkach wcale nie jest siostrą matki dziecka. Nie bądźmy tacy oficjalni. W końcu, pracujemy z dziećmi, potrafimy więc wykrzesać z siebie trochę luzu dla nazwy zawodu?

Szacunek nie jest dawany razem z dyplomem. Trzeba go wypracować, co nieraz zajmuje trochę czasu. Mało tego, są rodzice, którzy tego szacunku nie okażą nam nawet wtedy, gdy nasze dyplomy i szkolenia zajmują dwie szafy, a nasze przedszkolaki wracają do nas z utęsknieniem już jako dorośli, by spytać, jak się czujemy. Tego nazewnictwo nie zmieni. Nie zmieni też niczego w formie zajęć, jakie prowadzisz.

Więc po co nam to? „Przedszkolanka” naprawdę tak Cię brzydzi i oburza?

Podobał Ci się tekst? Zapraszam po więcej na fb: https://www.facebook.com/rozkminytiny

Komentarze

komentarze