W czasach, kiedy cały internet nosimy w telefonie w kieszeni, a do tego ów telefon ma wbudowany aparat fotograficzny, możemy w niego wrzucić wszystko. Rzecz jasna, coraz chętniej z tego korzystamy, ja też nie jestem bez winy, wrzucając tu swoje wypociny. Coraz łatwiej też zrobić zdjęcie z ukrycia i wrzucić tam, gdzie wywoła ono jakąś reakcję.

Przy tym mamy coraz większą świadomość marki. Tak wygląda jedna, tak inna, tak wygląda logo supermarketu, do którego chodzą biedaki, a tak logo sklepu luksusowego. Coraz częściej też potrafimy poznać podróbki czy jak to się śmiesznie określa na sprzedażowych grupach, „repliki” znanych firm. Stron typu „Faszyn from raszyn” przybywa. Tylko czy rzeczywiście to, co na nich jest, to przejaw złego smaku?

Sama śmiałam się ze zdjęć typu „różowy baleronik”, przedstawiających szczupłe inaczej niewiasty ubrane w różową kabaretkową bluzkę. Zupełny brak samokrytycyzmu. Różowych baleroników jednak powoli chyba z polskich ulic zaczęło ubywać. Tak jakby zaczęliśmy dbać o to, jak wyglądamy. Na stronach zaczęły więc lądować inne zdjęcia.

I tak dziś ujrzałam panią z torebką z nabazgranym napisem „Lui Vitton”. Nie, nic silącego się nawet na podróbkę słynnego, podrabianego nawet przez nasze celebrytki i blogerki, Vuittona. W ogóle go nie przypominała, tylko ten nabazgrany na całej szerokości napis. Poza tym nie była nawet najbrzydsza. Zupełnie nie w moim stylu, ale z drugiej

sushi

Podróbka sushi. Smacznego!

strony Vuitton też nie jest w moim stylu. I to nie tylko dlatego, że prawdopodobnie ciężko zmieścić w nim niemowlęce ubranie na zmianę, podkład do przewijania, chusteczki i trzy pampersy.

Na szczęście komentarze pod zdjęciem były podobne. Właściwie krytyczne komentarze pochodziły głównie od dzieci i wczesnej młodzieży. I tak się zadumałam trochę nad czasami, w których przyszło nam żyć. Bo w wieku tych dzieciaków chodziłam w aldidosach. Tak, dobrze czytacie. W aldidosach. Czy ktoś się z tego śmiał? Nie bardzo, bo jako że właśnie takie buty na rynek rzucili, chodziła w nich połowa mojej klasy. Niedługo, bo i buty po sezonie się trochę zniszczyły i nam nogi przez sezon urosły, ale jakoś tak te aldidosy zapamiętałam.

Czy dziś czwartoklasista poszedłby do szkoły w aldidosach?

Jezusku, chyba wolałby pójść dwa kilometry boso, po rozżarzonych węglach! I wcale mu się nie dziwię, bo dzieci bywają okrutne i wyposażone w smartfony, którymi chętnie upamiętnią „przegrywa roku”. Zresztą jest dziś mnóstwo niedrogich butów, które nie mają śmiesznego napisu typu „Nine”, „Kobuta” czy „Pumba” (jakie marki podrobiłam?).

Takie natomiast kupi babcia, którą akurat na takie buty stać i jeszcze będzie się chwalić, jaką okazję ustrzeliła. Kupi w nieświadomości, że jest to jakaś podróbka. Oczywiście i ona może wylądować w internecie, ale jeśli wnuczek nie powie, być może się o tym nawet nie dowie. Młodsza nieco kobieta, która marki ma w nosie, bo zajmuje ją w życiu coś całkiem innego, kupi Wittona. I też nawet nie będzie wiedziała, że ten napis ma być jakąś podróbą czy jak to się śmiesznie i łagodnie określa, repliką. Ucieszy się za to, że za niską cenę nabyła ciekawą torebkę.

Rzecz jasna, czymś innym jest celowe kupowanie podobnych do złudzenia butów, ciuchów i torebek, często zresztą za cenę niewiele mniejszą, niż kosztują oryginały. Jak wspomniałam, zdarzało się to u nas nawet dość poczytnym szafiarkom i znanym celebrytkom. Jest to z wiadomych powodów bardziej żenujące i znam lepsze sposoby na oszczędzanie.

W dalszym ciągu jednak nie pojmuję, co śmiesznego jest w babci w aldidosach i Wittonie? To że nie ma na sobie ostatniej kolekcji z pobliskiego centrum handlowego? To, że na oryginały jej nie stać?

A może z braku dziewuch w getrach w panterkę i kabaretkowej bluzce szukamy czegoś na siłę?

Komentarze

komentarze