Teoretycznie są dorośli. Skończyli już studia albo przynajmniej próbowali je skończyć. Mają za sobą pewne doświadczenia zawodowe albo przynajmniej dawno powinni je mieć. Mimo to siedzą na garnuszku u rodziców i ani myślą z niego zejść, bo przecież tak jest wygodniej. Pokolenie kidults, czyli dorosłych dzieciaków, to zjawisko będące, jeśli wierzyć statystykom, epidemią w Polsce.

„A statystyki podają, że ponad 2,5 miliona Polaków w wieku 25-34 lat mieszka z rodzicami”. Takie zdanie znalazłam i bardzo mnie to zastanowiło. A to dlatego że czym innym jest 25-latek, który podejmuje wysiłki, by za krótszy lub dłuższy czas nieco się usamodzielnić, czym innym natomiast 34-latek, który mimo upływu lat, wciąż z tymi rodzicami mieszka. Stanę również w obronie wielu z nich, zwłaszcza tych, którzy czują się po prostu w obowiązku zaopiekować się coraz bardziej chorymi rodzicami, a przecież i takie przypadki są. Dalej, przypomnę że w Polsce nadal dużo częściej funkcjonują duże wielopokoleniowe domy, gdzie w jednej chałupie mieszka babcia na zaadaptowanym stryszku, rodzice na parterze i dziecko na pierwszym piętrze, które nieraz wprowadza się na to piętro z rodziną.

Przyjmijmy więc, że te 2,5 miliona lebieg i nierobów to nieco naciągania liczba i kidultsów jest nieco mniej. W dużej mierze być może składa się na to zjawisko przywiązanie do rodziny, jakie w Polsce jest sporą wartością. Nadal jednak jest ich za dużo. Skąd się wzięli? Dlaczego tak odwlekają czas usamodzielnienia się i pójścia na swoje?

Bo mama ugotuje

Wiadomo, że nikt nie ugotuje tak jak mama! Majciochów też nikt lepiej od mamy nie wypierze, mimo że dziś pierze przecież pralka automatyczna i nikt nie musi jechać tramwajem, a potem jeszcze autobusem nad rzekę z tarką. I naczyń nikt nie pozmywa tak jak mama. Właściwie tak jak wymieniłam i sobie pomyślałam, to nie wiem co ja robię teraz tak daleko od mamusi.

Oczywiście, są pewne ograniczenia związane z takim stanem, jak brak prywatności, no i czasem rodzic przychodzi i sugeruje, że zbijanie bąków w jednym pokoju od trzydziestu paru lat powinno się już znudzić, ale przecież każdy stan ma swoje minusy. No i kidults tego typu mają najczęściej rodziców bardzo uległych oraz łagodnych, co to rodzicielstwo bliskości praktykują do samego końca. W sensie, aż wykończą się wiszącym im na szyi wiecznym nastolatkiem.

Bo życie kosztuje

I to coraz więcej. Wynajem mieszkania i kupienie sobie jedzenia? Za przeciętną pensję, której proszę nie mylić ze „średnią pensją”, bywa naprawdę ciężko. Wielu z nas obiecywało sobie po studiach, że „to początek”, zrobimy kilka kursów, nabierzemy doświadczenia i za dwa lata będziemy zarabiać dwa razy więcej.

A tu latka lecą, niby doświadczenie jest, niby nawet kolejne kursy zrobione, ale w portfelu nadal pustki. Pensja wzrasta nieznacznie, życie kosztuje coraz więcej. Człowiekowi głupio, ale przecież pod most się nie wyniesie. Czasem idzie drogą prób wymyślenia czegoś nowego, co nie zawsze się udaje, innym razem po prostu wierzy, że los się odmieni.

Niestety, to rzeczywistość wielu młodych, a nawet nie tak już młodych. Szczególnie w mniejszych miastach, gdzie o dobrą pracę niełatwo. Kidults? Może i tak, ale niekoniecznie z wyboru. Wielu z nich, gdyby dać im kilka złotych więcej, dawno mieszkaliby gdzieś indziej. I nie warto ich mylić z grupą, którą opiszę teraz.

Bo wydatki są spore

Sami rozumiecie, że raty za smartfona za trzy tysiące trzeba jakoś spłacić. I kilka innych drobnych, acz niezbędnych w życiu gadżetów. Jedno piwo na wieczornej imprezie to koszt ośmiu złociszy! No i dojazd, a przecież nago i na boso nie pójdziemy.

To chyba typowy kidult. Wydaje na siebie sumy, które wystarczają na utrzymanie przeciętnej trzyosobowej rodziny. I niby nic nikomu do tego, tyle że nie zarabia tyle, żeby utrzymać się samemu. Właściwie to zarabia niewiele i najczęściej z doskoku, a raty spłacają mu rodzice. Czasem sami proponują, czasem zgrzytają zębami, ale płacą. Kiedy widzą kolejną paczkę do latorośli, mają ochotę wcisnąć ją „dziecku” z całej siły w sempiternę. Najczęściej jednak są mało asertywni.

I tak rośnie klon Kuby Wojewódzkiego, wiecznie młody duchem gadżeciarz, który nie potrzebuje dorastać. Przecież ma dorosłych wokół siebie. Rodziny się w tych czasach nie zakłada, do rozkwitu życia erotycznego niepotrzebna. Pokój jest, jedzenie w lodówce jest. Buty są. Piętnaście nowych par.

Wyuczona bezradność

„Synuś, ale ty idź do dentysty, dobrze? Synuś, bo pamiętam że w lipcu byłeś i pani dentystka mówiła żebyś w grudniu przyszedł ponownie. To ja Cię synuś umówię, dobrze? Ja już dzwonię. A powiedz, Ty nie siedzisz za długo w tej pracy? Dziś o 18 wróciłeś, robiłeś coś potem? Po co jadłeś na mieście, przecież ja obiad zrobiłam? Z koleżanką? To czemu tu nie przyprowadziłeś, nie ma co się włóczyć po knajpach, wrócisz późno, ktoś Cię napadnie i co będzie?” I tak dalej, dopóki synuś nie huknie „Matka! Ja mam kurka blada trzydzieści dwa lata! Sam potrafię zadzwonić do dentystki!”

Można się śmiać, ale kiedy koledzy latali z kluczem na szyi, jego odbierała ze szkoły babcia. Kiedy rówieśnicy wychodzili po szkole na pierwsze piwka i papieroski po kryjomu, na niego zawsze czekał tatuś w Citroenie. Kiedy w liceum wychodziła mu trójka z geografii, rodzice opracowali razem z nauczycielem plan poprawek i zaprezentowali go synusiowi w domu. Mama nigdy nie odpuściła sobie przyjemności bycia w trójce klasowej, żeby tylko móc sprawować pieczę nad wszystkim. Tata zaś wybrał wspaniałe studia, po których przyszłość świetlana i tylko się synek ucz.

Teraz co pewien czas przypominają swojemu trzydziestolatkowi, że to już czas, aby się wziąć za siebie. Nawet coraz głośniej. A potem mama umawia go do dentystki. A tata przy okazji zakupów kupuje ubranka, bo synek nawet nie pamięta, jaki ma rozmiar, to co ma się trudzić?

Nie osądzam od czci i wiary wszystkich kidultsów, jak leci. Sama zresztą z domu wyniosłam się już po 25 roku życia, w dodatku wtedy, gdy za mąż wyszłam. W swoim otoczeniu mam wszystkie wymienione przypadki i o ile niektórych zrozumieć nie potrafię, tak widzę że nie każdy ma wybór. Tylko się cieszyć, że każdy z nich tych rodziców ma i pod mostem nie sypia.

Jest to mimo wszystko ciekawe zjawisko, w porównaniu z poprzednim pokoleniem, które wyprowadzało się jednak dużo szybciej. Również dlatego, że rzadziej studiowało. Była szkoła, potem praca i wyprowadzka. A przecież warunki lokalowe i zdobycie tego lokalu za czasów naszych rodziców (ewentualnie dziadków) graniczyło czasem z cudem. Dziś niby mamy łatwiej – z jednej strony, bo z drugiej jednak trudniej.

Czy kidultsów będzie przybywać? Biorąc pod uwagę coraz mniejsze znaczenie rodziny, może być różnie. Może właśnie będziemy siedzieć do końca z samotnym rodzicem. A może teraz będziemy z domu wynosić się wcześniej. Czas pokaże.

A Wy, jak sądzicie?

Komentarze

komentarze