Jak zaplanować sobie czas? W jaki planner się zaopatrzyć? Lepiej na kartkach papieru czy w chmurze? Opcji mamy wiele. Aż za wiele. A planowanie, co brzmi zabawnie, jest dziś modne!

Chyba większość z nas przeszła kiedyś te etapy:

  • Nie muszę nic planować, bo radzę sobie z zapamiętaniem obowiązków.
  •  Biorę się do roboty/ zaczynam studiować/ pracować/ zakładam firmę, więc obowiązków przybywa.
  • Nic to, zapiszę to sobie na kartce papieru, karteluszku jakimś…
  • Ojć! Coś tych karteluszków za dużo! Czas pomyśleć nad czymś, co to uporządkuje!
  • Ale nad czym?

Normalna sprawa, jeśli nie wykonujemy artystycznego zawodu, gdzie nasi klienci z łezką w oku zachwycają się bajzlem wokół nas, rozwianym włosem, niedopasowanymi ubraniami oraz totalnym roztrzepaniem, zapewne chcemy chociaż sprawiać wrażenie osoby zorganizowanej, która pamięta o swoich obowiązkach i trzyma wszystko w ryzach. Wychodzi różnie, nie będę się kompromitować wyznaniem, jak wygląda to u mnie, natomiast jakieś tam wrażenie dorosłego ogarniętego człowieka mimo wszystko chcemy sprawiać.

I tu zaczyna się zabawa!

Kupujemy planner – na początek ładny, ze skórzaną oprawą za tysiące monet, no ale jak kochać to księcia, jak kraść to miliony, jak planować to przecież nie na szajsie dodawanym w prezencie do babskiej gazetki! W międzyczasie dowiadujemy się o modzie na bullet journal. To jest to! Po co ograniczać się sztywnym plannerem, który nie zostawia nam pola do popisu, skoro możemy stworzyć z planowania sztukę?! Kupujesz więc piękny zeszyt z uroczą owieczką na okładce, mazaki, naklejki, kolorowe znaczniki i inne pierdółki, które udało Ci się dorwać w dziale papierniczym i tworzysz! Spotkanie z klientem? Nie ma sprawy, malujesz kratki na zielono i naklejasz Reksia. Fitness? Patrzysz w klucz i już wiesz, że pole musi być fioletowe, zaznaczone naklejką z Bolkiem i Lolkiem.

Zabawa kończy się, gdy przy planowaniu wieczorku kinowego nieopatrznie wyjedziesz pomarańczową kredką albo Krecik przyklei się krzywo. Wpadasz wtedy w depresję, drzesz zeszyt, kredki oddajesz dziecku i przepraszasz skórzany planner. Tylko na chwilę, bo oto odkryłaś wspaniałą elektroniczną aplikację, która pomoże Ci w końcu zaplanować wszystko, co Cię czeka i właściwie myśli za Ciebie! Wszystko jest super, sielsko i anielsko, a Ty w końcu ogarniasz się na tyle, że nawet mama z uznaniem kiwa głową, że oto dorosłaś. Do czasu, gdy aplikacja przy kolejnej aktualizacji pada, a Ty zostajesz z niczym, próbując dowiedzieć się, na którą szczepienie dziecka, kiedy wizyta cioci i czy to w tym tygodniu miałaś mieć służbową kolację.Bullet journal

Zauważyłam, że nastała jakaś dziwna moda na planowanie i chwalenie się nim. Kolejne blogerki ściubią plannery, którymi wabią na swoje strony (kiedy widzę kolejne: zostaw maila, dostaniesz planner, mam ochotę wiać), inni piszą o tym, jak zaczęli, pokazują swoje „żurnal balety”, bo przecież głupio to nazwać swoim notesem – planujemy i planujemy. W dodatku, zapisując wydarzenie tu, tam i jeszcze w innym miejscu, gubimy się w tym planowaniu totalnie.

Może więc nie warto?

Nie mówię, żeby przestać planować albo pozostać na etapie karteczek. Nie, nie i jeszcze raz nie, bądźcie mądrzejsi ode mnie! Tylko że miotanie się między kilkoma planerami albo zmienianie go co miesiąc jest chyba jeszcze gorsze i powoduje większy bałagan. Bywa też tak, że planowanie staje się dla nas taką sztuką dla sztuki, że właściwie dzień spędzamy na planowaniu – produktywnie, a jakże! Przecież wszystko ładnie zaplanowaliśmy i nawet narysowaliśmy motylki przy fitnessie w „balet żurnalu”! To, że z braku czasu jednak na ten fitness nie pójdziemy, jest inną sprawą.

W takim wypadku lepiej przyznać się, że tak naprawdę nie ogarniamy jednak planowania wystarczą nam te durne karteczki i jakiś notesik, bo reszta zgubi się przy najbliższej okazji? Polecam! Co prawda może mama nie będzie dumna, ale przynajmniej nie będziesz się okłamywać.


Teraz możesz śledzić mnie na Bloglovin! Zapraszam – KLIK😉

Komentarze

komentarze