Kto ma gorzej? Macocha, która wkracza do czyjegoś domu i ma za zadanie nawiązać kontakt z dziećmi swego lubego? A może ojczym, który musi jednak „wcisnąć” się pomiędzy silną najczęściej więź z matką i jej pociechami? Przyznam, że przed oglądaniem filmu wywiązała się między nami taka dyskusja…

Która jednak niewiele miała wspólnego z filmem „Małe zło”. A było to tak, że zmęczona po blogowym „Spotkajmy się w Gdyni” (relacja niebawem!) zostałam zachęcona przez resztę rodziny do wybrania filmu na wieczór. Miałam ochotę na lekką, odmóżdżającą komedyjkę, więc gdy przeczytałam na Netflixie opis „W tym komediowym horrorze świeżo upieczony mąż chce się zaprzyjaźnić ze swoim pasierbem, ale zaczyna podejrzewać, że chłopiec jest demonem”, stwierdziłam że to coś dla mnie! Dla mojej rodziny również. Któż lepiej doceni czarny humor, jak nie my?

Czego się spodziewałam? Nieco mniej obrzydliwego „Strasznego filmu”. Czegoś, co rozbawi komedią pomyłek, sparodiuje najpopularniejsze i ograne już w horrorach motywy i być może nieco wystraszy. Chciałam się bezrefleksyjnie pośmiać i nie dostarczać sobie za dużej dawki emocji.

Co dostałam zamiast tego?

Dawka emocji niestety się pojawiła. Tak, to ta dawka, którą lubi zdecydowana większość ludzkości i która mi zawsze wydaje się niepotrzebna. Przyznam jednak, że była całkiem strawna. A fabuła? Okazała się strasznie zaskakująca! Myślałam, że przewidzę mniej więcej przebieg filmu. Zwłaszcza że początek był schematyczny. Nic nie zdradzę, jeśli powiem że zaczęło się wielkim konfliktem między ojczymem, a dziko bronionym przez matkę dzieckiem.

Czy jednak wcielonego diabła nie da się pokochać? Po pierwsze: po co takiego kochać? Po co kochać „Małe zło”, które sieje wokół zniszczenie, próbuje zabić Ciebie i ludzi wokół? Wreszcie, po co kochać kogoś, kogo trzeba zabić?

Miłośniczką horrorów nie jestem. Łatwo jednak wychwyciłam nawiązania do takich klasyków jak „Omen” czy „Ring”. Nie zabrakło rzecz jasna, dwóch cudnych, mrocznych dziewczynek! Reszta oglądających była bardziej obeznana w strasznych hiciorach i co prawda nie zdradziła mi, co takiego znalazła, ale zapewniła, że smaczków jest wiele. Zachęcam więc do „łapania” tychże.

Są też smrodki dydaktyczne!

Tak jest. „Małe zło” zaskakuje nieco refleksją nad byciem ojczymem. Nie ma co ukrywać – to nie jest łatwa sprawa. Do rodziny, nawet tej niepełnej, nie wchodzi się gładko jak kawałek puzzla, co w końcu się znalazł przy sprzątaniu. To kwestia dopasowania się jednej i drugiej strony, przy czym dziecku potrzebę dopasowania się wytłumaczyć jest ciężej. Próby dogadania się, zwłaszcza te pierwsze, są często niezgrabne, co może potęgować przepaść.

No dobrze, rozumiem. Dzieci są różne, ale synkiem diabła to chyba jednak żadne nie jest? Ano nie. Jak się jednak okazuje, Lucas niewiele się tu różni od innych. No, może tym, że potrafi nieco dobitniej pokazać, że sytuacja mu się nie podoba – bo większość z nas jednak nie potrafi zmusić kogoś do skoku z okna albo spalenia się żywcem. Sądzę jednak, że rozterki przeżywał te same, a jak pokazał film, „zwyczajne” dzieci również dają w kość przybranym rodzicom.

Może więc to film dla nich?

Komentarze

komentarze