Wyobraź sobie, że jesteś kobietą ustatkowaną, masz narzeczonego, rozkręcasz niezły biznes, nie brakuje Ci pieniędzy i żyjesz na naprawdę niezłym poziomie. Jesteś osobą szczęśliwą, spełnioną. I nagle dopada Cię głupia przeszłość, o której właściwie zapomniałaś, a za którą przyjdzie Ci gorzko zapłacić – piętnastoma miesiącami w więzieniu. To właśnie przydarzyło się Piper Chapman z serialu „Orange Is The New Black”.

Kto z nas za młodu nie zrobił czegoś głupiego? Może nie był to współudział w przemycie narkotyków, jak w przypadku Chapman czy inne przestępstwo, za które dziś groziłaby nam odsiadka, ale durne błędy w przeszłości popełniło wielu z nas i wielu też za nie płaci. Piper przyjdzie za nie jednak ostro odpokutować. Sielanka związana z cudownym życiem z narzeczonym kończy się. Kończy się również wolność, w której może wyjść z domu, gdzie i kiedy chce, zjeść to, na co ma w danej chwili ochotę, ubrać się w swoje ulubione ubrania i wypić to, czego akurat pragnie. Kobieta idzie do damskiego więzienia, a tam…

Wyobrażacie sobie delikatną kobietę z wyższych sfer, którą zamknięto razem z tłuszczą podejrzanych bandytek? Tak z początku wygląda sytuacja. Okazuje się jednak, że więzienie to miejsce demokratyczne. Trafiają tu biali, czarni, latynosi, lepiej i gorzej wykształceni, z różnych sfer – sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Piper trafia tam na swoją byłą partnerkę (tak. Wątków lesbijskich w serialu pełno), która również zamieszana była w sprawę. Co na to narzeczony?

A oprócz wątku głównego?

Piper Chapman jest główną bohaterką, jednak przy okazji dowiadujemy się wiele również o towarzyszach niedoli. Praktycznie w każdym odcinku mamy retrospekcję jednej z postaci, bardzo łatwo więc uświadomić sobie, że każdy z nas mógł być na miejscu tych kobiet i siedzieć teraz, wsuwając więzienną breję w burym ubranku. Jak łatwo czasem zejść z prostej ścieżki i dać się złapać. A w więzieniu, wśród różnych charakterów, o resocjalizację ciężko.

I to w dużej mierze właśnie retrospekcje sprawiły, że ja, osoba nieprzepadająca za serialami, podczas „karmieniowych maratonów” obejrzałam w kilka dni trzy sezony. Obecnie mam za sobą piąty, którego premiera miała miejsce na początku czerwca. Niestety, bolączką jest tutaj długie oczekiwanie na kolejne sezony, pojawiają się one bowiem rok po roku. A że jestem osobą, która czekania nie lubi, jest to jeszcze bardziej nieznośne.

Co może drażnić? Przede wszystkim wspomniane już wątki lesbijskie, których jest naprawdę sporo. Tak, zdaję sobie sprawę, że w damskim więzieniu nie będziemy raczej oglądać rozwijającej się miłości damsko-męskiej (choć i tak się tu zdarzy), jednak mam wrażenie, że trochę tego za dużo. Pojawia się też zarzut, jakoby główna bohaterka miałaby być irytująca. Oj tak, jak najbardziej jest. I to jest moim zdaniem, piękna kreacja aktorska. Taylor Schilling, grająca Piper Chapman pięknie stworzyła bowiem neurotyczną egoistkę, która momentami w bardzo zabawny sposób próbuje jakoś przeżyć w więzieniu. A nie zawsze jest to łatwe, z czego z odcinka na odcinek coraz bardziej zdajemy sobie sprawę.

Komu polecam? Przede wszystkim kobietom, bo wydaje mi się, że nieco feministyczny serial o babskim więzieniu mężczyzn nie przyciągnie. Również wszystkim tym, którym wydaje się, że ich sytuacja życiowa uległa pogorszeniu. Ciężko bowiem, by uległa pogorszeniu w takiej mierze, jak sytuacja Piper Chapman.

Zdjęcie: By Netflix company, Jenji Kohan (Producer), Jordan Jacobs (Art Director) [Public domain], via Wikimedia Commons

Komentarze

komentarze