Zauważyłam ostatnio większą dbałość o odzieżowy savoir vivre. Niby Polki zawsze były uważane za te, które potrafią ubrać się gustownie i z klasą. Mogły być nie wiadomo jak biedne, a ubranie do kościoła było. Na inne okazje zresztą również.

Moja babcia nieraz wspominała czasy, gdy bieda prl-owska piszczała wokół. Kombinowało się materiał, ona sama była krawcową i szyła nieraz za jakąś kawę czy inny zdobyczny prowiant. Kobiet szyjących było więcej. Bieda nie była usprawiedliwieniem braku szyku. Mogły być łaty, cery, ale ubranie i tak prezentowało się ładnie. Czasem na Pomorze zjeżdżały wycieczki Niemek. Babcia była nimi przerażona i nie tylko ona- niby ubrania już sklepowe, dobrej jakości, a tak niedopasowane do sylwetki, złe rozmiary, dziwne, niemodne już kroje, po prostu modowa tragedia.

No właśnie – zawsze potrafiłyśmy się ubrać. Ja tu o Polkach, ale podobnie było przecież z mężczyznami. Jak jest dziś? Zawsze z zaciekawieniem obserwuję, kiedy ktoś przypomina o odpowiednim stroju. Wszystko jest super, gdy mówimy o ubraniu na przyjęcie, kolację… Zaczyna zgrzytać, gdy zaczynamy mówić o stroju do kościoła.

Ciemnota i średniowiecze!

Poważnie, nic nie potrafi tak oburzyć przeciętnego Janusza z Grażyną. „Ubranie do kościoła? A to nie jest ważne, że przyszedłem?! Kościół odpycha od siebie ludzi swoimi wymogami!„, grzmi Janusz. Bo rzeczywiście, założenie koszuli i długich spodni to wymóg z kosmosu i ja bym więcej nie przyszła. A Kościół (?) powinien skakać z radości, że nawiedził go Janusz w pomiętym T-shircie i szortach bomberach. A jak jeszcze się nie pomyli i nie zdejmie Kubotów przed wejściem do świątyni, to już w ogóle radość w niebie.

Faryzeusze! Kobieta bez rajstop może być bliżej Boga, niż wy! – grzmi z kolei Grażyna i w teorii ma rację. Nikt przecież nie twierdzi, że elegancka garsonka i zakryte giry sprawią, że przybędzie nam w niebie punktów, które będziemy mogli nieco potracić na bluzganie ludzi w internecie. Ba, ja się nie zdziwię, jeśli przede mną święty Piotr wpuści rzeszę luda wyglądających razem niczym drużyna cheerleederska. Chodzi o zwykłą ludzką przyzwoitość. Idziemy na spotkanie z kimś bardzo ważnym!

To zabawne, że nikt nie neguje przymusu godnego ubioru na służbową kolację, egzamin czy rozmowę kwalifikacyjną. Jakoś większość z nas rozumie, że gdy ważą się nasze losy zawodowe, głupio trochę świecić bielizną czy skrawkami ciała, które wystawiamy raczej na plaży. Jeśli pojawiamy się w kościele, raczej wierzymy, że spotykamy się tam z kimś dużo ważniejszym, niż rekruter fajnego korpo, w którym chcemy pracować. Inaczej raczej się tam nie pojawiamy, chyba że epizodycznie – w takim wypadku „od święta” możemy się chyba dostosować. O co więc chodzi?

Brak pieniędzy?

Nie każdego stać na taki strój! – krzyczą znów Grażyna z Januszem. I tu wracam do początku artykułu, gdzie przywołałam babcię z czasów dużo biedniejszych, niż dziś. Bo uściślijmy – godny strój to nie garsonka za tysiąc pięćset z pasującą torebką za pięć tysięcy. Dziś, gdy w każdym szmateksie (KLIK! Dlaczego ciuchland? ) można za kilka – kilkanaście złotych kupić w miarę normalne, zakrywające cielsko rzeczy, nikt mi nie wmówi, że jesteśmy skazane na legginsy, kiecki do pół uda, cycki na wierzchu czy goły brzuch. Podobnie z mężczyzną – każdy dziś może mieć tę jedną niedzielną koszulę, nawet jeśli na co dzień chodzi w „żonobijce”. Nikt przecież nie twierdzi, że mamy teraz ogarniać całą etykietę ubraniową, choć oczywiście możemy. Ciekawie choćby o „kościelnym obuwiu” pisze Get the Life i szczerze mówiąc, dziękuję za ten artykuł, bo o sandałach nie wiedziałam. Warto więc taką wiedzę zgłębiać, ale nie jest to tutaj nawet wymagane. Chodzi jedynie o strój elegancki.

Nie bardzo więc rozumiem, dlaczego co za każdym razem o ubranie do kościoła jest burza. Znaczy, rozumiem oczywiście, że wojująca klerofobia i inne, ale tu chyba nie ma ona racji bytu. Nie ubieramy się ładnie dla księdza. Argument, że „ktoś się będzie patrzył” nie jest tu najważniejszy. Owszem, sama jestem osobą, którą rozprasza koszulka bez ramiączek albo wystające ramiączka stanika, ale naprawdę nie o mnie i inne podobne osoby chodzi i nie o to, co kogo rozprasza.

Ku pokrzepieniu serc

Po gorących jak plaża w Miami latach 90 chyba jakoś się ogarnęliśmy i osobiście w kościele rzadko widzę grażyny w ramiączkach. Januszy nieco częściej, ale i oni nie wyglądają dziś najgorzej. Być może to efekt odejścia od kościoła tychże i zostały tam jednostki potrafiące uszanować powagę miejsca. Myślę jednak, że na powrót uczymy się nieco o wadze stroju. We Włoszech przed większymi świątyniami znajdują się osoby, które „potrzebującym” o tej wadze przypominają. Domyślam się, że ze względu na temperatury i liczne pielgrzymki rzeczywiście tam są one potrzebne. U nas źle nie jest.

I na koniec – przypomniał mi się egzamin ustny na pierwszym roku studiów. Wiecie, wtedy gdy jeszcze odsiewa się jednostki znajdujące się na studiach przez pomyłkę. Egzamin nie był z gatunku tych najcięższych, ale sama forma ustna stresuje dużo bardziej. Dlatego też, choć na co dzień studentki ubierają się barwnie, tego dnia stawiłyśmy się karnie ubrane tak, że i królowa angielska zastrzeżeń by nie miała. Poza dwiema dziewczynami – jedną ubraną nieco jak na boisko, drugą z dekoltem do pasa. Delikatnie przez nas zapytane odpowiedziały, że chyba najważniejsze jest to, że się nauczyły.

Obie wyszły z poprawką. Nie oceniam tu działań wykładowcy. W każdym razie, na następny ustny ładne ubranie się znalazło.

 

Komentarze

komentarze