Czego byś nie zrobiła, i tak jesteś złą matką – taki obraz matki wyłania się z artykułów i forów internetowych. Garść sprzecznych informacji w lekturze potrafi skutecznie zamieszać w głowie. Jeśli zaczniemy drążyć temat i doszukiwać się prawdy objawionej, odkryjemy co najwyżej, że robimy się coraz głupsze i w żaden sposób nie potrafimy zająć się dzieckiem.

Kim jest dziś matka walcząca? Nieco humorystycznie rzecz ujmując, każdą matką, niezależnie od tego czy rodzi swoje pierwsze dziecko za pół roku, czy też urodziła już siedmioro, która posiadła prawdę objawioną i tą prawdą dzieli się, nie zawsze kulturalnie i właściwie najczęściej nie, z innymi. O co walczy matka walcząca?

Poród

No właśnie. Sposób pojawienia się takiego berbecia na świecie budzi w matkach ogromne emocje i właściwie nie ma się tu czemu dziwić, bo poród jednak zmienia wiele. Dlatego też widocznie bardzo jest ważne czy nasze dziecko przyjdzie siłami natury, bez znieczulenia i wspomagaczy, a najlepiej w domu, czy też pomaga mu się za pomocą cesarskiego cięcia i innych bajerów.

    I tu pojawiają się pierwsze schodki. Na myśl o porodzie robi Ci się niedobrze, mdlejesz i znasz siebie na tyle dobrze żeby wiedzieć, że będziesz miała trudności z urodzeniem naturalnie? Rodziłaś już, poród był traumatyczny i chce Ci się wyć na myśl, że znów będziesz przeżywać to samo? A może masz fizyczne przeciwskazania do porodu? Na szczęście medycyna poszła do przodu na tyle, że można to zrobić inaczej i tak zresztą kończy się dziś w Polsce prawie połowa porodów. Nie mam pojęcia, dlaczego aż tyle. Być może i „cesarki” gdzieś robi się zbyt szybko albo też po prostu jesteśmy coraz słabsze, mniej aktywne i oderwane od natury, co coraz bardziej utrudnia poród naturalny. Nie znam się i wyjątkowo się nie wypowiem.

    Faktem jest, że „cesarzowe” na forach mogą dowiedzieć się, że są leniwe i nie chciało im się rodzić „normalnie”, a ich dzieci nie obchodzą urodzin, a dzień wydobycia. Pozostaje tylko powiedzieć „Happy Bringoutday” czy jak to się tam tłumaczy. Panie nie są dłużne i potrafią zwolennikom porodów bez nadmiernej medykalizacji zarzucić narażanie życia swojego, dziecka, pradziadka i zapewne innych pobocznych osób. W każdym razie, dziecko nie ma innej drogi niż ta, która narazi jego matkę na ostracyzm jednej z grup.

Szczepienia

Dzielą się na te obowiązkowe i zalecane. Zalecane przez kogo? No właśnie, jeśli urodziło Ci się dziecko, prędzej czy później będziesz musiała wniknąć w temat szczepień. Czego się dowiesz? Jasne, zaszczep jak najszybciej. Jeśli tylko chcesz uśmiercić swoje dziecko, a w najlepszym wypadku wywołać u niego autyzm i głęboką niepełnosprawność intelektualną. Dostaniesz przy tym ironiczne gratulacje, że już teraz dałaś się nabrać lobby farmaceutycznemu i zamiast przeczytać jedyną objawioną prawdę naukową na jogurcik11249fpex.wordpress.com, oddajesz swoje dziecko na eksperymenty medyczne.

    A kiedy już między wierszami wyczytałaś, że w temacie szczepionek trzeba zachować jakąś tam ostrożność, nagle natykasz się na drugą stronę, która każdy, najmniejszy nawet objaw niepożądanych odczynów kwituje gromkim „hahahahahahaha” i tłumaczy, że każdy nop to wymysł głupich „antywacków” i po prostu nie ma czegoś takiego. Ba, Janina z Otwocka szczepiła dziecko z zapaleniem płuc i nic mu nie było. Chcesz mieć swoje, uśrednione i podyktowane matczyną intuicją zdanie w tym temacie? Zapomnij.

Czytać czy nie czytać?

Zresztą, czym jest matczyna intuicja? Zostało to w ogóle jakoś udowodnione? Zapewne tak, bo jeśli nie jesteś pewna, jak radzić sobie z berbeciem, grono starych i doświadczonych matek Ci zakrzyknie „Zaufaj intuicji! Wywal książki! Sama wiesz, jak poradzić sobie z własnym dzieckiem”. I tak natchniona przyszła matka w euforii pali w kominku „Jak karmić piersią”, piecze pianki na tlących się kartkach „Jak wychować geniusza”, aż w końcu idzie spać, zapewniając sobie ciepło w domu stronami „Skoków rozwojowych na każdą okazję”. Budzą ją bóle porodowe… I kilka dni później spanikowana w pośpiechu loguje się na fora, by zapytać o to, czego intuicja za cholerę podpowiedzieć jej nie chce.

    I czego się tam dowiaduje? „Jak to?! Nie czytałaś książki Ksawerego Koślawego „Dziecka przewijanie to trudne zadanie?” To przepraszam – co Ty robiłaś przez dziewięć miesięcy ciąży?! Spałaś? Kupowałaś ciuszki i zachwycałaś się modelami łóżeczek i grzechotek?” No tak… A potem dzieci sobie nie radzą. Czytać, czytać i jeszcze raz czytać!

   No więc czytasz. Ogarniasz panicznie polecane książki, sypiąc głowę popiołem za każdym razem, gdy kolejna mama załamuje ręce nad poziomem Twojej wiedzy o laktacji. Co jednak, gdy książki nie dają rady? Przełamujesz strach, logujesz się znowu na forum „Wszystkowiedzących matek”, piszesz, że próbowałaś robić tak, jak kazał Ksawery Koślawy i inne autorytety. Po czym słyszysz pogardliwe „Babo! Spal te książki! Jesteś matką, więc najlepiej wiesz, jak zająć się swoim dzieckiem”.

C.d.n.

Komentarze

komentarze