Halloween, jak nam wiadomo, to święto szatana! I w ogóle wszystkiego co złe. W tę noc budzą się demony, wampiry, strzygi, zombie i wszystkie, wszyściutkie czarownice. A biedne dzieci są w to wszystko wplątane i mamione na stracenie duszy. Nie wierzysz?

Mi też było ciężko, toteż nie uwierzyłam. Co roku jednak Halloween uderza z coraz większą siłą i opanowuje więcej sfer życia. Ja wiem, że jestem po prostu stara, ale pamiętam czasy, gdy o Halloween w Polsce było słychać o tyle, że gdzieś na świecie to obchodzą. Potem nagle w sklepie zaczęło pojawiać się coraz więcej gadżetów – dyń, masek. Sama pierwszy raz mocniej zetknęłam się z Halloween w gimnazjum, gdy dekorowaliśmy sale. Nasza była najładniejsza, ale wisielca dyrektorka kazała ściągnąć. Obawiam się, że dziś wisielec nikogo by nie drażnił.

Potem z każdym rokiem było tego więcej. Rok temu widziałam już nawet przystrojone domy. Oprócz tego, w klubach imprezy tematyczne, w przedszkolu w którym pracowałam również dzień tematyczny. Nie dałyśmy się – moja grupa obchodziła Święto Wesołej Dyni. Była stymulacja dotykowa, tak ważna u niepełnosprawnych maluszków. Że niby jak? Kojarzycie to uczucie, gdy drążycie ręką dynię i jest Wam tak dziwnie… ciepło? Były potrawy z dyni. Były inne rozrywki. Oprócz tego powiedziałyśmy dzieciom o zbliżającym się święcie Wszystkich Świętych.

Wszystkich Świętych przyćmione przez Halloween?

Bo głównie właśnie z tego powodu nie obchodzę Halloween. Następnego dnia idę na groby, zapalam znicze mojej ukochanej babci, która tego dnia obchodziła urodziny. Zabawna historia, bo data była wtedy tak „przeklęta”, że wpisano jej 30 października. Zapalam znicza dziadkowi, który był żołnierzem AK w czasie wojny, po wojnie natomiast musiał się ukrywać pod zmienionym nazwiskiem. Historia na niejedną książkę. Zapalam znicze innym przodkom, których tego dnia wspominam.

A z biegiem czasu pamiętamy mniej. Nawet o babci, co pozostawiła po sobie wielgachną wyrwę w mięśniu sercowym i kręcącą się w oku łezkę podczas smażenia racuchów, które nigdy nie wyjdą takie jak jej, nie pamiętam codziennie. Bądźmy szczerzy – jeśli nie zmarł ktoś bardzo bliski, pamiętanie jedynie od czasu do czasu wychodzi wręcz na zdrowie. Tyle że 1 listopada jest właśnie ten dzień, gdy się pamięta.

„Fajnie, rozumiem, sam pójdę na groby, no ale Halloween jest dzień wcześniej. Czy to nie przesada?” Dla mnie nie. Jakoś nie widzę siebie idącej na halloweenową imprezę, udającej wiedźmę czy innego stwora, nabijającej się z motywów kojarzących się ze śmiercią, a następnie tak po prostu zapalającej tego znicza. Nie widzę jak połączyć okres zadumy, refleksji, który poprzedniego dnia powoli powinien nam zacząć towarzyszyć, z mroczną zabawą. I to mimo że mroczne klimaty uwielbiam (KLIK! Zobacz ciekawą recenzję).

Dlaczego nie obchodzę halloween?

Halloween nie jest świętem konsumpcjonizmu? W takim razie jak wytłumaczyć fakt, że w 2014 r. przeciętny obywatel USA wydał na nie około 77 dolarów? W Polsce z pewnością mniej, ale kwota rośnie. Wchodzisz do sklepu, a tu łypią na Ciebie różne maszkarony, straszydła, czapy, dynie, dekoracje. A wszystko to musisz mieć, żeby Halloween było udane. Pamiętam jak oglądałam, jeszcze jako małolata, filmy amerykańskie, gdzie dzieciaki latały po domach. Praktycznie wszystkie miały przebrania made by własna matka – królowało wycięte i pozszywane prześcieradło oraz szybkie do zrobienia stroje, kapelusik na cukierki… I to wszystko. A dziś?

Rzecz jasna, nie obchodzę Halloween nie tylko dlatego, że widzę w tym komercję. Komercja jest zresztą czymś, co możemy kontrolować, przynajmniej do momentu gdy dzieci nie dorosną i nie zapragną kilku halloweenowych gadżetów, które mają koledzy. W tym momencie musiałabym jednak przyczepić się do Walentynek, które również przecież są sztucznym świętem, nieco napędzonym przez sklepy. A może nawet do Bożego Narodzenia? Przecież i tu prezenty są potrzebne.

Czy zabronię komuś świętować?

To pytanie jest chyba najważniejsze i wiem że zwolennicy Halloween czekają na odpowiedź. Nie, nie zabronię. To że ja nie obchodzę Halloween nie oznacza, że będę po cichu rozwalać dynie stojące na schodach u sąsiada, aby przypadkiem szatan nie wpadł im na chatę. Nie oznacza, że będę siać popłoch w pobliskim Pepco, gdzie zażądam zdjęcia dekoracji na sprzedaż. Nie cierpię na lęk przed Halloween. Wiesz, że ma już on swoją nazwę? Samhainofobia – ładnie, prawda?

Cukierków dla dzieci jednak nie kupię. To znaczy, oczywiście, ja chyba zawsze mam jakieś cukierki w domu, ale zjem je sama. Ewentualnie podzielę się z mężem. Pukającym do drzwi dzieciom grzecznie i z uśmiechem podziękuję za wizytę oraz wyjaśnię powód odmowy – nie widzę powodów, dla których miałabym burczeć i grzmieć na Bogu ducha winne dzieci. Ja nie poczęstuję, ale nie wiem czy cukierków nie da sąsiadka.

Co najwyżej jeśli ktoś będzie burczał na mnie oraz inne osoby, które Halloween nie obchodzą, a to zdarza się coraz częściej, nie będę miła. Tak samo nie będę grzeczna, jeśli zobaczę dzieci robiące psikusa w postaci wysypywania mąki na wycieraczkę. Tolerancja ma wychodzić z obu stron. W tym roku jednak nie widzę większych potyczek między obchodzącymi, a nie obchodzącymi. I dobrze.

Komentarze

komentarze