Odnoszę wrażenie, że agencje reklamowe prowadzą między sobą jakiś chory zakład: kto bardziej zniesmaczy odbiorców i spartaczy klientowi reklamę? Póki co, miejsce na podium wciąż zajmuje reklama Tigera, dotycząca Powstania Warszawskiego. Zaledwie kilka dni temu inny energetyk usiłował go stamtąd skopać sugestią seksu oralnego i pokazem tandetnego seksizmu. Czy niechlubne trzecie miejsce za żenującą reklamę zajmie marka L’Oreal?

Co stało się tym razem? Spokojnie, nikt tym razem nie wplątał się w ideologiczną wojenkę ani nawet nie szczuł cycem. Teoretycznie wszystko odbyło się w granicach dobrego smaku. Teoretycznie. Założono bowiem nowy fanpage, na który wstawiono grafiki całkowicie naturalnych odżywek do włosów. Wiecie, takich jakie używały nasze babcie, zanim półki w drogerii zapełniły się rozmaitymi propozycjami do każdego rodzaju włosów. Każdą z odżywek opatrzono kąśliwym komentarzem typu: „jajko – żółtko w nich zawarte znane jest z właściwości oklejających. Podgrzane zachwycająco ścina się na głowie.” „Miód – nałożony na włosy, zjawiskowo je skleja.” „Majonez – nadaje wątpliwego uroku tuż po nałożeniu.”

Czyli już wiemy, że właściwości składników naturalnych to pic na wodę i fotomontaż. Co w takim razie sprawi, że włosy będą jako tako wyglądać? Wchodzimy na zaproponowaną stronę i wiemy że zamiast okładać się jajem i polewać octem jabłkowym, powinniśmy powierzyć włosy specjalistom w odpowiednim salonie albo przynajmniej zakupić kosmetyki nowej linii L’Oreal. Cytatu nie będzie, bo w chwili gdy piszę, strona jest „chwilowo niedostępna„. Czy jeszcze wróci? Czy też kryzys w social media wybuchł w weekend i cały zespół marketingu musiał nagle z niedzielnego obiadu biec do pracy?

Natura to bzdura?

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że L’Oreal słynie z naprawdę kiepskich składów. Nie jestem z tych, którzy zamiast pasty do zębów, żują patyk, a szampon zastępują naturalnymi składnikami lub szamponami o najprostszym składzie. Szanuję, nie praktykuję. Staram się jednak, by moja półka z kosmetykami nie „świeciła” od produktów, które zawierają wszystko, co może w jakiś sposób zaszkodzić.

I tak szampon L’Oreal na półce posiadam – córa ostatnio strąciła go w drogerii, łamiąc nakrętkę. Wypadało kupić. Posiadamy więc i jak najbardziej zużyjemy. Gdybym jednak miała wybór, być może poszukałabym najpierw czegoś z nieco lepszym składem. I to mimo że włosy po nim mam całkiem ładne (ach, silikony).

Co z tego wyniknie?

Biorąc pod uwagę, że włosomaniaczek, które odstawiają chemię i biorą się za naturę, jest coraz więcej, L’Oreal strzelił sobie porządnie w stopę. Podczas gdy całkiem nieznane firmy przejmują rynek za pomocą ekologicznych produktów, a inne wielkie koncerny albo ulepszają nieco składy albo próbują choć udawać, że „ich szampon co prawda ma PEG-i i inne świństwa, ale malutko i oj tam, dodaliśmy Wam aloes”, L’Oreal poszedł w stronę wyśmiewania natury.

Natura się nie zemści. Prawdopodobnie wiatr nie zdmuchnie jutro głównej siedziby firmy albo chociaż działu marketingowego. Nie pozwą ich również producenci jaj i majonezu. Firma wykalkulowała zapewne, że ryzykuje co najwyżej krytyką „eko-maniaków”. Cała stylistyka fanpage’a była utrzymana w stylu „Hehe, no co wy, na żartach się nie znacie? Sarkazm, to jest to” I właśnie – ja na żartach się znam, eko-maniaczką nie jestem, a jednak poczułam, że reklama L’Oreal zeszła poniżej pewnego dopuszczalnego poziomu.

Cała reklama uświadomiła mi jeszcze jedno: przecież ocet jabłkowy, tak wyśmiewany przez firmę, był jedną z najlepszych odżywek, jakie używałam! Dlaczego nagle zniknął z mojej półki w łazience?

Tak więc, kończąc znęcanie się nad marką, lecę po ocet jabłkowy. Polecam i Wam. Mniej z nim zachodu niż z majonezem, jajami i innymi – wystarczy jedynie spłukać po myciu włosów. Zapach szybko schodzi, choć warto „zabieg” robić przed spaniem i jeśli myjemy włosy przed imprezą – raczej odpuścić. Efekt? Dużo trwalszy, niż ten po silikonach i parabenach.

Komentarze

komentarze