Czasy PRL-u i zamkniętych granic przeszły już na szczęście do historii. A choć niektórym dzisiejszym partiom nadal marzy się komunizm, dziś przynajmniej mamy wolność migrowania między krajami. Dla wielu z nas to naprawdę ważna wolność, co widać choćby po stałym przyroście podróżniczych blogów. Międzynarodowy Dzień Emigranta, obchodzony 18 grudnia, wygląda więc teraz u nas całkiem inaczej, niż jeszcze niedawno. Jakie widać różnice?

Przede wszystkim, emigrujemy na potęgę. Kiedy byłam mała, posiadanie bliskiej rodziny za granicą było może nie rzadkością, ale wciąż jeszcze pewnego rodzaju egzotyką. Dziś? Matka za granicą? Ojciec? Żadna nowość. O ciotkach, wujkach czy kuzynach nie wspominając. Prawie każdy kogoś tam ma.

Jak ogromna była pierwsza fala emigrantów? Uświadomiłam to sobie, gdy podczas pielgrzymki na Jasną Górę (Ha! Robiło się kiedyś te kilometry) zawitałam do wsi, gdzie jedna z wędrujących sióstr miała stały punkt obiadowy u zaprzyjaźnionej rodziny. Pukamy do małego domku, a z domu obok wychyla się kobiecina i krzyczy: „Tam już nikogo nie ma! Chodźcie do nas!” Lecimy więc na odżywczy rosołek z makaronem, który po dwudziestu kilometrach wydaje się ucztą, jakiej nie uświadczysz w najlepszej restauracji z gwiazdkami Michelina. I słyszymy, że rodzina, która zawsze gościła kobietę, wyjechała do Anglii. Na szczęście udało im się pojechać całą rodziną. Tylko że wiecie, to nie był jedyny taki dom. Właściwie wyjechała jedna trzecia wsi. Domy stoją opustoszałe. Rodziny zostały bez ojców, którzy przylatują raz na jakiś czas.

Emigracja może być pozytywna?

Nie będę pesymistką, zwłaszcza że zdarzają się emigracje, których życzyłabym każdemu! Coraz częściej wyjeżdżamy na studia zagraniczne i nie chodzi tylko o programy typu Erasmus, a o to, że normalnie składamy papiery na studia w Londynie, dostajemy się i tam studiujemy. Egzotyka? Coraz mniejsza, zwłaszcza w dobie dewaluacji studiów wyższych. Papier uczelni zagranicznej wciąż robi wrażenie, szczególnie jeśli po studiach jednak wracamy tutaj – co zdarza się niestety wcale nie tak często.

Emigrujemy również dlatego, że się zakochujemy. Takie cuda, panie! Czarnoskóry mąż? Kiedyś po trupie naszych dziadków, dziś sama mam znajome, które powychodziły za Włochów (szczególnie za nich, nie wiem co my się tak z nimi lubimy!), Hindusów, Francuzów i innych. I nawet nie zauważyłam, by te małżeństwa jakoś miały się niedługo zakończyć. Siłą rzeczy, wypada im więc życzyć jak najdłuższej emigracji – no chyba że mają zamiar przyciągnąć małżonka do Polski.

Emigrujemy też, bo podróżujemy. Dla niektórych wygodniejsza jest „baza wypadowa” w innych miejscach, niż Polska. Inną przyczyną jest chęć rozwoju – coraz więcej jest zawodów, w których skrzydła rozwiniemy za granicą. Jeśli jesteśmy wolni, dlaczego nie? A że zostajemy? Zdarza się i tak.

A negatywy?

Tych jest sporo i choć zaczęłam od pozytywów, otwarcie granic rozwaliło naprawdę wiele rodzin. Mnóstwo innych postawiono w sytuacji ciężkich wyborów. I tak, na studiach mieszkałam w pokoju z dziewczyną, która praktycznie od 5 klasy mieszkała sama. Gdy była młodsza, za pracą wyjechał jej ojciec. Jakiś czas później uznali, że w ten sposób małżeństwo istnieć nie może i do ojca dołączyła matka. Pozostałe dzieci były starsze, na początku pomagały, bo przecież 11-latki nie można było ot tak zostawić. Koleżanka jednak musiała się usamodzielnić wyjątkowo szybko. Fakt, że pieniądze z zagranicy były. Nie było wielu innych rzeczy i niestety, ich brak bardzo dał się jej we znaki. Możecie sobie zresztą wyobrazić.

Tak zwanych „eurosierot” przybyło i w niektórych wsiach stały się one wręcz normą. Podobnie jak smutną normą stało się, że małżonek, który wyjechał do pracy, coraz mniej się odzywał, coraz mniej przyjeżdżał, aż w końcu papiery rozwodowe urzeczywistniły to, co się stało już wcześniej. I kogo winić za zaistniałą sytuację? Przecież wyjazd był koniecznością, gdy rodzina nie miała co jeść. Znaczy się, rzecz jasna, winny jest porzucający. Chodzi o to, że trudno się dziwić takiemu zjawisku.

Co będzie dalej?

Trudno przewidzieć. I to mimo że sytuacja gospodarcza w kraju nieco się poprawiła przez te kilkanaście lat (mimo wciąż TAK głupich sytuacji, jak ta z polskimi uczelniami). Polska oferuje nam coraz więcej tego wszystkiego, co można było kiedyś znaleźć jedynie za granicą. A jednak wciąż wyjeżdżamy. I myślę że wyjeżdżać będziemy.

Ale będziemy również wracać! Pewnie patrzę w skali mikro, ale w ostatnich czasach wróciło mnóstwo moich znajomych – bliższych i dalszych. Mimo że powroty były dla nich ciężkie, mimo że czasem po kilku miesiącach, a niektórzy nawet po kilkunastu latach próbują od nowa. Życie w Polsce ma swoje plusy i minusy. Tak jak przedtem widzieli minusy w kraju, gdzie próbowali żyć, tak dziś widzą je u nas. A jednak chcą tu być. Bo tu tak strasznie nie tęsknią.

Dlatego dziś, w Międzynarodowy Dzień Emigranta, warto życzyć emigrantom łatwego i bezbolesnego powrotu. Tym zaś co wracać nie chcą i całkiem dobrze czują się w nowej rzeczywistości – by dalej było dobrze. By emigracja nie była dla nich, jak pisał Kotarbiński, „rodzajem pogrzebu, po którym życie trwa dalej„, a jedynie kolejnym rozdziałem 🙂

Komentarze

komentarze