Już wspominałam, że są grupy społeczne, z których nabijać się łatwiej. Są to najczęściej grupy specyficzne, łatwe do scharakteryzowania, wciśnięcia w ramkę i wyśmiania. Takich grup jest wiele i jedną z nich są rodzice.

Nie mam zamiaru rzucać gromów na wredne dzieciaki, co nie uznają żadnych świętości i pokładają się ze śmiechu na widok kolejnych wpadek „posiadaczy latorośli”. Ba, sama siebie nieraz nazwałam „madką”, a jutro lecę ze świeżo oklejoną karteczką odebrać pierwszego Świeżaka (KLIK! Tu zbierałam naklejki ), mimo że dziecko najprawdopodobniej nawet na niego nie spojrzy. A że do matczynego ideału mi daleko, jest się czasem z czego pośmiać.

No właśnie – a skoro śmieję się, choć ostrożnie (bo głupio tak czasem śmiać się z samej siebie), z grup rodzicielskich, nieco śledzę „trendy” i wiem, że na czasie jest „hora curka”. A dokładniej chodzi o zdanie „Dej! Mam horom curke”. Prawda że oczy bolą? Tekst teoretycznie wyśmiewa żebraninę matek na grupach i forach. Nie spotkałam się z problemem, ale inne osoby twierdzą, że rzeczywiście – gdy wystawili ogłoszenie, za chwilę mieli wiadomości z prośbą o puszczenie przedmiotu za darmo, bo przecież trzeba się serduszkiem dzielić, a oni tacy biedni, bez domu, bez pieniędzy, z „horom curkom”.

Synonim żebractwa

„Hora curka” stała się synonimem internetowego żebractwa. Dlaczego? Dlatego, że teoretycznie łatwo wziąć człowieka na litość. Wystawiłaś właśnie torbę ślicznych ciuszków dziecięcych za grosze? Jeśli wierzyć internetowym wyjadaczom, zaraz znajdzie się kobita, która zapyta czy nie da się za darmo, bo ona w „cienszkiej” sytuacji, a w dodatku ma „horom curke”. Boki zrywać.

„Mam horom curke” tak się przyjęło w internetowej nowomowie, że sama trochę się z tego nabijałam. Zbieram naklejki na świeżaki? Dostałam „dary losu” na blogowej konferencji? Darmowy poczęstunek? Wszystko można zwalić na „horom curke”. Gdzieś między jedną żartobliwie prowadzoną rozmową, a drugą czułam się dziwnie. Kojarzycie taki ścisk za wyrostkiem mieczykowatym? Niektórzy nazywają to ponoć wyrzutami sumienia. Bo wyśmiać dziś można wszystko i nieraz o tym pisałam (KLIK! Pamiętasz babcię w podróbce? ), tylko czy z wszystkiego śmiać się powinno? Jakie to ma konsekwencje? Wpis profilu „Lepsza zmiana” pomógł mi do końca uświadomić sobie, że głupio robię.

Wiecie, że jestem z wykształcenia oligofrenopedagogiem. Trochę tych „horyh curek” znam. Znam również ich matki. Często samotne lub układające sobie życie z kolejnym mężczyzną, bo niestety, rozstań w rodzinach z niepełnosprawnymi dziećmi jest nieco więcej. Często nie pracują albo i pracują, co nie znaczy, że im zbywa, bo „hore curki” kosztują nieco więcej. Specjaliści, rehabilitacja, turnusy – czasem mogą liczyć na dopłatę, ale nic nie jest za darmo. Dopłata do kilku tysięcy to tylko dopłata.

Prosić, prosić i jeszcze raz prosić

W natłoku wydatków koniecznych, są i te mniej potrzebne. Matki „horyh curek” często już na nie nie mają. Dlatego proszą. Proszą lekarza, by ten przyjął dziecko wcześniej, niż wskazują na to terminy w kajeciku. Proszę panie w recepcji, żeby zapisały wcześniej. Proszą o rabat, zmniejszenie ceny wizyty, bo „hora curka”. Proszą nawet w drukarni, gdzie drukują ulotki z hasłem „1% dla horej curki”. Tak, wiem że niektóre drukarnie mają już dość tych pytań i brania na litość. Potem matki chodzą w różne miejsca i znów przedstawiają się: mam horom curke. Mogę zostawić ulotki? Czasem odpowiedź jest twierdząca. Czasem nie.

Od ciągłego proszenia wzrok na stałe wbija się w ziemię, ale człowiek się uodparnia. Przyzwyczaja się, że prosić musi, zwłaszcza że przecież nie prosi dla siebie. Prosi dla horej curki. Różnie chorej: porażenie mózgowe, autyzm, zespół Downa – naprawdę można mnożyć i nie to jest najważniejsze. Ja wiem, że i wśród nich znajdzie się ktoś, kto na dziecku niepełnosprawnym zbije jeszcze majątek i będzie żyć jak pączek w maśle. Z pewnością o tym kimś usłyszymy i stanie się on przedstawicielem matek horyh curek, podobnie jak przedstawicielem stał się ktoś, kto chciał wyłudzić ciuszki. Bo tak jest, że odstępstwo będzie zawsze gdzieś ukazane jako norma.

Wrócę jeszcze do drukarni – być może pamiętacie odpowiedź jednej z nich, w Warszawie. Na pytanie o rabat na „horom curke” pracownik drukarni w bardzo nieprzyjemny sposób napisał, że nie ma sensu takich dzieci płodzić, jeśli potem są z nimi takie problemy. Rozumiecie, podał w wątpliwość sens istnienia tego konkretnego chorego dziecka.

Festiwal pogardy

A drukarnia nie była jedyna. „Bękarty i kaleki”, powiedziała całkiem niedawno Hanna Bakuła. Bezlitośnie? Wulgarnie i chamsko? Niestety, coraz częściej można usłyszeć takie zdanie, a nawet komentarze, że trzeba było zabić w fazie prenatalnej i matka nie miałaby problemu. Teraz wyobraź sobie wiecznie proszącą matkę, która boi się, że znów ktoś podważy sens życia człowieka, który choć niekoniecznie sprawny, to jej najukochańszy, jej być może najważniejszy. No i w końcu, do cholery jasnej, człowiek!

Głupio mi z powodu chorej córki, bo widzę, że to wykracza poza śmieszki na grupach facebookowych i zamienia się nieraz w festiwal pogardy. Dla matek, które po prostu zrobią wszystko, by ich dziecko żyło możliwie najbardziej samodzielnie i w możliwie największym komforcie. Dla dziecka, którego być może największym mierzalnym osiągnięciem będzie samodzielne siadanie w dwunastym roku życia. A może nawet nie.

Tak to jest, że cynicy czasem pójdą nieco za daleko. Dlatego odpuszczam. Za „horom curke” przepraszam, mam nadzieję, że nie uraziłam tym żadnej matki.


Nie chcesz nigdy więcej odpuścić żadnego wpisu? Śledź mnie na fanpage’u, instagramie i bloglovin’ 🙂

Komentarze

komentarze