„Jesteśmy w uczelni i ostatkiem sił o nią walczymy. Zdajemy sobie sprawę, że jeżeli z niej wyjdziemy, to już nas nie wpuszczą do środka. Prosimy Was o wsparcie, aby rano zgromadzić się przed uczelnią w możliwie największej liczbie.” Taki wpis pojawił się na stronie jednej z gdyńskich uczelni. Powód? Zagmatwany, niczym kłębek włóczki, którym bawił się dwulatek z kotem.

Gdzieś tam była kłótnia właścicieli, wzajemne wywalanie się z zarządu, zgłaszanie szkoły do likwidacji, niezgoda na likwidację, prywatne spory – taki scenariusz polskiej telenoweli, coś jak skrzyżowanie „Na dobre i na złe” z „Klanem”. W tle pokrzywdzeni studenci, którzy o sprawie nie wiedzieli praktycznie nic, poza tym iż właśnie poinformowano ich bardzo mgliście, że nie mają gdzie studiować, nie mają również dostępu do własnych dokumentów, ocen, nikt nie odbiera telefonów i właściwie nic nie mogą zrobić.

Przypomnę jeszcze, że to szkoła prywatna – czyli taka, w której uczą się najczęściej osoby pracujące, nierzadko mające dzieci i mnóstwo innych zobowiązań. Nie bardzo mają za to czas, by latać po urzędach, szkołach i dowiadywać się, co mogą zrobić, żeby wyjść cało z koszmarnej sytuacji, gdzie lata studiów za chwilę mogą pójść z dymem. No dobrze, ale pewnie zapytacie, dlaczego ponoć bezprawna likwidacja szkoły tak mnie ruszyła? Powody są dwa. Pierwszy z nich? W tej szkole uczyło się wielu moich znajomych i część z nich uczy się (w teorii) nadal. Drugi?

Przeżyłam podobną sytuację

Na szczęście nie na studiach. Te, pomijając ewentualne szopki z akademikiem i dziekanatem, przeszłam bez większych problemów z papierologią, przenosinami i resztą. Problem w tym, że po studiach wróciłam do domu i zachciało mi się dalszej nauki – tym razem w szkole policealnej. Była sobie jeszcze kilka lat temu taka szkoła na „P”. Jej oddział chwalił się dobrą zdawalnością egzaminów, złożyłam więc papiery i mniej więcej co drugi weekend zamiast spokojnie się wyspać i odpocząć po pracy, leciałam na zajęcia.

Tak minął rok. Został jeszcze jeden. Zrobiło się jednak ciekawie, bo w międzyczasie szkołę na „P” przejęła szkoła „A-E”. Niby nowa dyrekcja, ale nauczyciele z początku ci sami, w większości konkretni, świetnie przekazujący wiedzę dorosłym już tłukom. Co prawda pojawił się lekki zgrzyt, bo o przejęciu szkoły nikt nic wcześniej nie mówił, no i niektórzy wykładowcy z zakresu prawa sugerowali, że sytuacja jest niestabilna. Jak bardzo, okazało się w międzyczasie, gdy znikali kolejni nauczyciele, oburzeni ciągłym obniżaniem stawek godzinowych. A szkoła powoli bankrutowała – mimo że dyrekcja zaprzeczała. Znikały też bardziej ogarnięte kierunki, które całą grupą przenosiły się do innych szkół policealnych.

A potem nadszedł ostatni semestr. I nagle zadzwoniła pani z sekretariatu, twierdząc że z naszej grupy zrezygnowała jedna osoba i żeby grupa się utrzymała, każdy MUSI zapłacić 50 zł za miesiąc. Każdy – inaczej grupa zostanie rozwiązana. I tu moja cierpliwość się wyczerpała, zwłaszcza że na podobne manipulacje jestem raczej uodporniona. Nawet nie chodziło o 50 złociszy, które oczywiście dla osoby ciułającej na ślub były ważne, ale o to, że… nikt nie zrezygnował. Jako że byliśmy dość zgraną grupą, szybko się wydało, że szkoła nas okłamała.

A to był dopiero początek

Nie zdążyliśmy zapytać się o próbę wyłudzenia kwoty, bo kolejny telefon obwieścił nam, że… Placówkę jednak zlikwidowano. No dobra, a co z nami? Została przecież tak naprawdę połowa ostatniego semestru. Za chwilę egzamin. Okazało się, że przeniesiono nas do innej szkoły, na „Ż”. Było tylko jedno „ale”. Dokumenty trzeba było przenieść w ciągu dwóch dni do sekretariatu, czynnego do 17. Nie będę opisywać, jak w piątek o 16:00 po pracy jechałam na złamanie karku z życzliwym kolegą z oddalonego o 25 kilometrów miasta. Przez popołudniowe korki. Cudem zdążyłam.

Na szczęście dalej było różowo i mogłam kontynuować naukę. To znaczy, w sumie myślałam że tak będzie. Na pierwszym zjeździe okazało się bowiem, że poprzednia szkoła nie dostarczyła naszych dokumentów, które powinny dawno być w szkole „Ż”. Telefony do sekretariatu skutkowały sprzecznymi komunikatami, od „Przecież dokumenty dawno są”, przez „Tak, wczoraj wysłaliśmy, pewnie jeszcze nie doszły”, aż do „Tak, jutro doślemy”. Wiecie, kiedy dosłali? Kiedy na profilu szkoły w social mediach opisałam dokładnie sytuację, oceniając odpowiednio placówkę. Włączyło się w to kilka innych osób. Nagle dokumenty magicznie się znalazły.

I to już była właściwie końcówka semestru. Po drodze trzeba było jeszcze zrobić szybko zdjęcia, wykonać kilka przysiadów, zrobić prace semestralne na „wczoraj”, wyczyścić stajnię Augiasza i zrobić porządek z władzą sądowniczą w Polsce. To znaczy, chyba przesadziłam, ale chodzi o to, że na zajęciach w sumie się nie nasiedzieliśmy. Z każdym zjazdem okazywało się, że jeszcze coś jest do załatwienia i biegaliśmy po mieście. Odetchnęłam właściwie, gdy okazało się że siedzę w sali gimnastycznej i piszę egzamin zawodowy.

Jaki z tego morał?

W gdyńskiej szkole, o której pisałam na początku, już jakiś czas działo się źle, o czym świadczyły informacje na lokalnych stronach oraz, jeśli wierzyć doniesieniom, stronach Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Pojawiły się oczywiście głosy, że studenci sami byli sobie winni, że nie sprawdzili szkoły (wiadomo, samsobiewinnizm – KLIK!). Nie wiem czy bym sprawdziła. To znaczy, teraz już tak. Wtedy?

Wtedy myślałabym, jak moi znajomi: skoro szkoła rekrutuje, widocznie może to robić i póki budynek nie spłonie, mam gwarancję że studia w nim dokończę albo że likwidacja szkoły przebiegnie dla mnie bezproblemowo. Myślałabym, że gwarantują to jakieś przepisy.

Morał może być tylko jeden: nie, cwaniaki, nie będzie nim „Nie uczcie się, bo nie ma po co”. Sprawdzajmy dokładnie. Pytajmy, zasięgnijmy języka u studentów, zobaczmy czy nie ma gdzieś ważnych informacji o szkole w internecie.

Likwidacja szkoły – co zrobić?

A jeśli mimo wszystko znajdziecie się w takiej sytuacji? Nie wpadajcie w pułapkę współczucia dla jednej ze stron, która będzie udawać pokrzywdzoną – bez względu na to, jak okrutnie to brzmi. Bo i u nas dyrekcja udawała załamaną, trzymającą naszą stronę, mimo że prawdopodobnie wiedziała o wszystkim od dawna, a następnie „zapomniała” o dokumentach i wielu innych ważnych sprawach. To ich krzywda, ale przede wszystkim wasza. Plus wasz stracony czas. Mnóstwo straconego czasu oraz wyrzeczeń (wstawanie rano w weekend to nie to, co kochamy najbardziej). Zasięgnijcie porady prawnej i szybko zróbcie wszystko, co możecie zrobić, by odzyskać pieniądze, dokumenty oraz kontynuować naukę.

Im szybciej zbierzecie się, by choć w części to wszystko odzyskać i weźmiecie sprawy w swoje ręce, tym większą macie szansę na „zwycięstwo”.

Komentarze

komentarze