„9 miesięcy? No to troszkę musicie się sprężyć, żeby ze wszystkim spokojnie się uwinąć. Kurs przedmałżeński jakiś ogarnęłaś?” – usłyszałam, gdy pojawiłam się w pracy z zaręczynowym pierścionkiem na krótkim i grubym paluchu oraz przewidywaną datą ślubu.

Trochę zdębiałam. Bo wiedziałam, że muszę przez to przejść, ale jakoś tak nie przewidywałam, że wybór miałby być ciężki. No, kurs jak kurs! Byle jak najtaniej, bo podczas szykowania się do ślubu każdy grosz się liczy. O ile nie zaplanowaliśmy wersji całkowicie oszczędnościowej, czyli kilkoro najbliższych, biała sukienka z letniej kolekcji H&M i obiad w najbliższej restauracji, w pewnym momencie pieniądze potrafią wyciekać wręcz w niekontrolowany sposób.

Tylko czy na kursie przedmałżeńskim warto oszczędzać? A może te najlepsze nie są wcale takie drogie?

Jak było u mnie?

Zaraz, gdy uświadomiono mnie, że ten kurs to warto robić już teraz, zaczęłam poszukiwania. I wiesz, co? Chyba trafiłam na kiepski moment, bo kursów prawie nie było. A kto bloga czyta dłużej, ten wie że nie mieszkam w chatce w środku lasu, skąd co tydzień odpalam w piątek popołudniu samochód, żeby w piątek pod wieczór znaleźć się w sklepie, gdzie nabędę potrzebne sprawunki. Jest wręcz przeciwnie.

Rezultat? Znaleźliśmy jakiś czas później kurs przedmałżeński całkiem niedaleko nas. Wyglądał tak, jakby ksiądz założył od razu, że chcemy zapłacić i „bezboleśnie” zaliczyć. My plus chyba dwie inne pary. Na samym wstępie ksiądz stwierdził, że na jednym ze spotkań nie może się pojawić, więc po prostu wstawi nam podpis, obok innego jest zaraz święto i w sumie możemy przedłużyć po prostu jedno ze spotkań. Właściwie dziesięć godzin zmieściło się jakoś w trzech, o ile dobrze pamiętam.

I przyznam, że potem troszkę nam brakowało jakichś solidniejszych nauk. Mieliśmy uczucie niedosytu. Głupio, co? Pewnie zaraz na priva dostanę pytania, w jakiej parafii robią tak bezproblemowe nauki, a ja tu marudzę!

Czy słusznie? Pewnie troszkę tak. Szczególnie że miesiąc przed naszymi zaręczynami moja parafia organizowała świetny kurs przedmałżeński, który naprawdę wyjaśniał wiele ciekawych kwestii. Więc ja dziś wybrałabym taki – o którym wiem, że jest prowadzony z pasją.

Jaki więc polecam Tobie?

No właśnie – dziś wiem, że tych kursów trochę jest. Ten, na który trafiłam ja, nazwałabym wersją dla „religijnych leniuszków„. Czyli: biorę ślub kościelny, no ale wiesz… Kurs mi niepotrzebny. I tak, uogólniam, bo przecież nie każdy ma czas, być może ktoś kurs robił przedtem, może jest niedługo po liceum i nauki robi ze względu na przyszłego małżonka. Nie wnikam, sytuacje są różne. Ja polecam jednak zwykły kurs przedmałżeński, który trwa te uczciwe 10 godzin.

Są też kursy weekendowe – w formie rekolekcji, często wyjazdowych. Na nie decydują się często osoby pracujące w tygodniu, które miałyby problem z wygospodarowaniem kilku wieczorów na nauki. Dzięki zbiciu” wszystkiego w jeden weekend mogą w spokoju skupić się na duchowych przygotowaniach do ślubu. Wada? Wspomniałam na początku o cenie. Tu najczęściej jest nieco wyższa.

Kurdy hardcore’owe – o nich napomknęłam nieco w poprzednim tekście. Kojarzysz rubasznego księdza, który wesoło oznajmił, że jeśli jakaś para nie zrezygnuje ze ślubu, to to nie jest dobry kurs? To właśnie ten adres! Dobre dla tych, w których tlą się pewne wątpliwości, którzy nie do końca z pewnych względów dowierzają samym sobie w sytuacji ważnych wyborów (dysfunkcyjna rodzina, dzieci alkoholików czy inne), ale właściwie dla każdego, kto nie chciałby czegoś przegapić w kwestii przedmałżeńskich przygotowań oraz właściwego poznania przyszłego małżonka.

Drugą częścią kursu są spotkania indywidualne – i tu polecam sprawdzić przedtem nauczyciela. Mówię to z perspektywy kogoś, kto przypadkowo trafił na naprawdę świetną osobę, a dziś słyszy wiele skarg na herezje, które ktoś wtedy usłyszał.

Małżeństwo jest boskie!

Tak też brzmi dziś hasło Tygodnia Małżeństw w Internecie, o którym szerzej pisałam TU oraz TUTAJ. Jak ma się boskość do „papierka”? No właśnie do tego próbuję Cię namówić – żeby nie traktować kursu przedmałżeńskiego jak kolejnego papierka w gąszczu ślubnych faktur i paragonów.

Akcja trwa do Walentynek, a ja zachęcam do śledzenia. W końcu – nie samymi motylkami w brzuchu żyje człowiek! Trzeba się w końcu zmierzyć z tym strasznym małżeństwem 😉 Zachęcam Cię również do wymiany kursowych doświadczeń w komentarzach. A może masz swoje przemyślenia, na które jeszcze (jakim cudem?!) nie wpadłam?

małżeństwo nic nie zmienia

małżeństwo

Komentarze

komentarze