Styczeń i ogólnie czas poświąteczny to również czas duszpasterskich odwiedzin. Oczywiście rzadko jest tak łatwo, że ksiądz przyjdzie, pogada, wyjdzie, a my następnego dnia opowiadamy znajomej „A wiesz, wpadł wczoraj ksiądz Zdzisiu”, tak jak wtedy, gdy po dłuższej nieobecności wpada ciocia Lidka albo niewidziana koleżanka. O nie, ten temat wywołuje wiele kontrowersji.

Chcesz zepsuć dobre wyjście ze znajomymi? Rzuć od niechcenia „Kurczę, niedługo kolęda” i patrz, jak ludzie skaczą sobie do gardeł. Poważnie! O internecie już nie mówię, tam zazwyczaj dzieją się sceny dantejskie, które przełożone na świat realny dałyby w rezultacie natychmiastową wojnę domową. Tu jednak łatwiej wyodrębnić pewne typy, które zachowują się i piszą w rzeczywistości to samo. Jakie to typy?

No przyszedł ten klecha!

Chyba najzabawniejszy typ, spotykany raczej w mniej wykształconych partiach naszego społeczeństwa. Ma się dobrze wśród Grażyn, Januszy, Sebastianów i Karyn, ale bądźmy szczerzy, nie tylko. Jest to typ, który z jednej strony traktuje Kościół jako instytucję usługową, która ma za zadanie bez żądań udzielić im chrztu, komunii, pogrzebu i innych sakramentów, a z drugiej strony ma pretensje do Kościoła, że… traktuje ich jak instytucja usługowa, a jeszcze, co przerażające, chce od nich pieniędzy.

Co ciekawe, takie osobniki w Kościele (i poza nim) są troszkę okrakiem. To znaczy, chętnie wybiorą się na pasterkę, a nawet „koszyczek” poświęcą, ale co niedziela to już gruba przesada – przecież nie są jakimiś dewotami spod Maria Radyja. Zresztą, jak to mówią, chcąc wyjść na nieco bardziej inteligentnych niż są, „wierzą w Boga, nie Kościół”. Wiadomo, Bóg nie wymaga. To znaczy, pewnie i wymaga, ale zarówno Sebek, jak i Karyna, mimo zapewnień, że przecież „Bóg jest wszędzie”, rozmawiają z nim rzadko.

A kolęda? „No był ten klecha. Niby chcieliśmy udawać, że nas nie ma, ale już wpuściliśmy, niech mu będzie. Zresztą nawet nie chciał gadać, machnął kropidłem, skurczybyk jeden, kasę wziął i jeszcze nosem kręcił że bez ślubu z Sebą jestem! Za rok nie wpuszczam”. Byłoby dobrze, ale wpuści. Wpuści, bo obawia się, że inaczej Brajanek nie dostanie chrztu.

Pedofili nie przyjmuję! Won mi z klatki!

„Ja tych pedofili to *** *** ***” i różne takie. W wypowiedziach roi się od przekleństw, sugestii kiepskiego prowadzenia się księży – wszystkich bez wyjątku. Kolęda? W świeckim państwie ksiądz powinien siedzieć na plebanii i nie wystawiać z niej nosa, to chyba oczywiste? A niech tylko jakiś przyjdzie! Psami poszczuję! Pistolet naładuję! Tak, to nie żart. Ta grupa często posuwa się do gróźb przemocy, za sam fakt istnienia księży.

Plusy? Najczęściej kozak w necie – wiadoma część kobiecego ciała w świecie. Kiedy do drzwi dzwoni ksiądz, piesek, nawet jeśli istnieje, siedzi słodko na kanapie, pistoletu klerofob nie posiada, bo przecież jest przeciwny używaniu broni. Kończy się tym, że jegomość nie otwiera wcale, ewentualnie mruknie pod nosem coś chamskiego i szybko zamknie drzwi. Agresja zdarza się na szczęście bardzo rzadko.

Księdza szkalować? Masz ty rozum?!

Można też odwrotnie. „Księdza nie przyjmujesz? Przecież ksiądz ważniejszy od Boga!” I tu potrafi pojawić się fala słów, przy których nawet klerofob poczerwieniałby z żalu, że nie potrafi w takie wiązanki. Najchętniej chodziłby z księdzem po kolędzie i farbą wstydu znaczył drzwi ludzi, którzy kolędy nie przyjęli oraz tych, którzy nawet z pełną kulturą skrytykowali kiedykolwiek postępowanie jakiegokolwiek księdza.

Nie wytłumaczysz, że są różni księża i być może ten z Twojej parafii niestety księdzem jest kiepskim, że bardzo się sparzyłeś, że inna wiara, że przy obecnym trybie pracy musiałbyś księdza o 23:00 przyjąć i masz nadzieję, że za rok się uda. Nie ma wytłumaczenia, gdyby to zależało od niego, już dziś wieczorem miałbyś zapewniony kocioł pełen wrzącej smoły. Nie inaczej.

Kolęda? Nie, nie przyjmuję

Brzmi jakoś dziwnie, prawda? Ale że jak, tak po prostu? Bez ironicznego uśmieszku, szkalowania, klnięcia wokół, na czym świat stoi i całej tej otoczki? Może Ci się wydawać, że nie znasz takich ludzi, z bardzo prostej przyczyny: nie krzyczą. Po prostu nie przyjmują. Bo są ateistami, wyznawcami kultu Spaghetti, nie chcą – bo nie. Nie mówią o tym, bo skoro nie przyjmują, mają przecież ciekawsze tematy do rozmowy.

Są szczerzy – nie zapraszają księdza na siłę, wbrew sobie, „bo później Amelki do komunii nie przepuszczą”, nie płaczą, że zamiast obiadu, była koperta dla księdza, bo jej nie było. Nie krzyczą, że księdza z klatki pogonią, bo nie gonią. Grzecznie informują, że nie życzą sobie wizyty. Serio, tacy istnieją!

Kolęda? Tak, przyjmuję

Kolejni dziwacy, o których ciężko usłyszeć. Tak, przyjmują kolędę. Miło im się gadało, poznawało księdza, z którym najczęściej mniej więcej co tydzień się widują. Chętnie dali kopertę na nowe organy/ogrzewanie/ławy/remont /samochód /inne, bo uważają, że to sprawa wspólna, mają prawo wydać swoje oszczędności na to, na co chcą i nic nikomu do tego. Mało tego, nie narzekali potem, że „łysy chciwus zwinął ich oszczędności”, bo przecież sami podjęli decyzję.

Jak reagują na nieprzyjmujących księdza? O dziwo, nie wyskakuje im nerwowa wysypka na całym ciele i nawet włosy nie siwieją. Zapewne są bardzo ciekawi, dlaczego nie przyjmujesz, ale nie będą dociekać, jeśli powiesz, że to Twoja prywatna sprawa. Tak, tacy ludzie również istnieją.

Do której grupy należysz?

Komentarze

komentarze