Uśmiechasz się pod nosem. Znasz dobrze ten obrazek, a nawet autora. Często wchodzisz na jego stronę, szczególnie że średnio co czwarta grafika doprowadza Cię do łez ze śmiechu. Tylko że tym razem nie zgadza się jedno – nie jesteś na profilu właściciela grafiki. Zamieściła ją inna strona.

Tak naprawdę styczność z internetem mamy od niedawna. Większość z nas stawiała w nim pierwsze kroki jakieś 15, góra 20 lat temu. Jeszcze krócej siedzimy w mediach społecznościowych. Do tego pojęcie kradzieży w świecie wirtualnym nie jest tak oczywiste. Weźmy sobie takie zdjęcie albo grafikę. Kradzież grafiki? Rozumiem, gdybym weszła komuś do domu i bezczelnie wzięła ją sobie, taką leżącą na biurku (KLIK! Zobacz jak kradną blogerzy) . Co z tego jednak, że wrzucę ją u siebie, stosując metodę kopiuj-wklej? Bez przesady!

Wiesz, że był czas, kiedy sama tak myślałam? Coś tam mi wtedy-nie-mąż tłumaczył, że to świństwo, ale kto by się tym interesował dziesięć lat temu, gdy internet wyszedł dopiero z powijaków? Dlatego też dziś nie szarpię za kudły każdego, komu zdarzyła się taka wtopa. Każdy z nas jest na innym etapie „internetowego zaawansowania”, wielu zaczyna nagle, ogarniając dosłownie wszystko.

Czy taka kradzież grafiki to w ogóle kradzież?

Wciąż wielu z nas nie wie, czym jest kradzież własności intelektualnej, czyli w skrócie, przywłaszczanie sobie wytworu czyjejś pracy. Jeśli nawet coś nam się kojarzy, ciężko to zrozumieć. Przecież to nie kradzież, a rozprzestrzenianie! Dzięki temu pomagamy zaistnieć twórcy, no nie? No właśnie nie.

Łamanie praw autorskich to zresztą temat rzeka, dlatego skupiam się tutaj głównie na udostępnianiu grafik, a ściślej mówiąc, udostępnianiu ich w social mediach (udostępnianie na stronach www to odrębny problem). A przypomnę, dziś ich właściciele nieraz na nich zarabiają lub dzięki nim zdobywają zlecenia.

No dobrze, ale poza wściekłością sfrustrowanego grafika czy tam innego blogera, któremu odpada przez to zarobek, co nam za to grozi? „Kto rozpowszechnia utwór bez podania nazwiska lub pseudonimu twórcy podlega odpowiedzialności karnej (art.115 pr.autorskie i prawa pokrewne). To tak bardzo w skrócie. Inne paragrafy jasno mówią – kopiując, a nie udostępniając, narażasz się na trzyletnią karę pozbawienia wolności.

I oczywiście – inaczej kradzież grafiki wygląda, jeśli znalazłeś gdzieś obrazek i wkleiłeś na prywatny profil z czterdziestoma znajomymi, nie bardzo kojarząc, że tak nie można. Choć może skutkować to tym, że Twoja przyjaciółka ze studiów poda dalej, a ktoś inny jeszcze dalej i w rezultacie staniesz się przyczyną tego, że po sieci będzie krążyć „bezimienna” grafika, nad którą ktoś się napracował.

A prowadząc fanpage?

Z racji posiadania bloga po fanpage’ach chodzę często. Niestety, szczególnie takie drobinki blogerskie jak ja, grafiki kradną na potęgę. I to te znane, charakterystyczne, przy których ciężko tłumaczyć się, że „Ojej, bo znalazłam gdzieś i źródła nie było”. Nieznajomość czy świadome próby rozkręcania strony na czyjejś pracy? Myślę, że częściej jednak nieznajomość.

Kilka dni temu zobaczyłam jednak na fanpage’u sporego lokalnego portalu grafikę. Ukradzioną, rzecz jasna. Zareagowałam, szybko znajdując twórcę (zajęło mi to jakieś pół minuty). Ten słusznie poprosił chociaż o oznaczenie grafiki. Odzewu ze strony administratora nie było (choć nie wykluczam, że prywatnie się jakoś dogadano). Za to była informacja innych ludzi, że to już nie pierwszy raz. Spojrzałam więc w zdjęcia i moim oczom ukazał się las. Grafik. Nieudostępnionych. Wiele z nich było podpisane, gdy w komentarzu ktoś ostro wykłócał się o oznaczenie. I tak chamsko gra całkiem spory portal informacyjny.

Wtedy też stwierdziłam, że może chociaż w ten sposób uzmysłowię innym, że to nie  jest fair. Bo przecież ktoś może stwierdzić, że skoro duży fanpage „poważnego” portalu tak robi, to to musi być legalne?

Co więc mogę zrobić?

No dobra, ja tu gadu gadu, jak to kradzież grafiki jest zła. A co możemy zrobić, żeby jakoś tam ograniczyć ten proceder? Jak się okazuje, całkiem dużo.

– Widzisz grafikę, co do której zachodzi podejrzenie, że udostępniający ją fanpage czy portal nie jest jej twórcą? Sprawdź to! Jak? Jeśli korzystasz z Chrome, najprostsza metoda to kliknięcie prawym przyciskiem i wybranie opcji: szukaj obrazu w google. W ten sposób otworzą Ci się inne źródła, w których grafika występuje. Często również miejsce, gdzie wrzucono ją pierwszy raz.

– Masz już pewność, że grafika pochodzi z innego źródła? Poinformuj administratora strony, że za takie postępowanie grozi mu odpowiedzialność karna. I tak, może jestem naiwna, ale o ile nie jest to duży informacyjny portal albo naprawdę spory już blog, piszę po prostu priva. Każdy ma prawo czegoś nie wiedzieć. Nowoczesność jest naszpikowana pułapkami i wszyscy o tym wiemy.

– Administrator nie odpowiedział albo napisał, że ma Twoją poradę tuż pod kością ogonową i masz sobie iść daleko stąd? Poinformuj prawowitego właściciela obrazka o zdarzeniu. Możesz również zgłosić zdjęcie za wykorzystywanie własności intelektualnej.

A jeśli sam chcę udostępnić grafikę?

A proszę bardzo! Po to właśnie w social mediach istnieje opcja „udostępnij„. I jest to JEDYNA legalna opcja podawania dalej treści autorskich. Oczywiście, udostępniamy jedynie z fanpage’a właściciela grafiki! Inaczej sami przyczyniamy się do kradzieży.

Warto też omijać różne kwejki i podobne strony. To właściwie galeria kradzionych grafik, często z celowo zamazanymi lub wyciętymi danymi autora.

Co jeśli widzimy już ukradziony obrazek, który niczym rzucona na ten smutny i niedobry świat sierota, błądzi sobie w internecie i właściwie nie wiadomo, kto pierwszy ukradł? Przy czym obrazek jest tak dobry, że fajnie byłoby go mieć u siebie. Wiadomo, kradzież grafiki nie wchodzi w grę, ale przecież zawsze można poszukać źródła! Nie da się wyszukać, a nadal chcesz ją podać dalej? Twoje sumienie. Ryzykujesz?

I to tyle! Tyle wystarczy, by uczynić część tego świata nieco ładniejszym. Rzecz jasna, grafiki to nie jedyna rzecz, którą kradnie się w sieci. Jakiś czas temu ktoś wkleił cały tekst jednej z blogerek do grupy parentingowej. Tekst bez oznaczenia, czyjego to autorstwa, bez adresu bloga i żadnej innej informacji, poszedł w świat, pojawiając się nawet u celebrytów oraz na jednym z pseudorodzicielskich portali. Blogerka straciła z pewnością tysiące wyświetleń, które mogły przełożyć się na zmniejszenie jej zarobków.

Jak już pisałam, nie jestem bez winy. Również nie wiedziałam, potem trawiłam wiedzę. Teraz zachęcam do informowania innych. Nie tylko dlatego, że nie chcę Wam paczek wysyłać do więzienia! Jeśli jednak to Was powstrzyma, pomyślcie o tym że tam z internetem może być problem.

A poważnie, wszyscy wiemy, że zamiast gnić w Sztumie, prawdopodobnie będziemy co najwyżej płacić i przepraszać. Tylko czy warto narażać się na przypięcie łatki „oszusta” w czasach, gdy jest ona coraz bardziej dotkliwa?

Komentarze

komentarze