Czasem człowiek nie docenia tego, co ma. Właściwie to dzieje się to bardzo często, a ten tekst jest takim truizmem jak to, że słońce wschodzi codziennie. Jakie mam szczęście, dowiedziałam się, czytając raport Najwyższej Izby Kontroli dotyczący opieki okołoporodowej na oddziałach położniczych. Okazało się bowiem, że z tymi porodami jest dużo gorzej, niż myślałam.

Kilka osób w jednej sali

Okazuje się bowiem, że w Polsce kobiety rodzą w salach nawet po kilka osób. Przedzielone jedynie parawanem. Rzecz jasna, w takim przypadku poród rodzinny staje się fikcją, bo przecież muszą się na niego zgodzić inne panie. I tak rodzi sobie kilka w jednej sali.

Żeby było ciekawiej, w zeszłym roku słyszałam o takim szpitalu pod Warszawą i myślałam, że jest on ewenementem na skalę ogólnopolską. Jak widać, nie jest. Była tam nawet sala pojedyncza, tylko żeby w niej rodzić, trzeba było wykupić „cegiełkę” kilka tygodni przez spodziewanym porodem. Co jeśli kilka osób wykupiło i sala akurat była „zajęta”, a my zapragnęłyśmy właśnie rodzić? Ponoć wtedy kombinują, przyśpieszają poród, itp. Jeszcze lepiej. Wyobraź sobie, że chcąc rodzić we w miarę ludzkich warunkach, zapłaciłaś niemałe pieniądze na cholerną cegiełkę i w połowie porodu traktują Cię oksytocyną i robią wszystko, żeby na chama przyspieszyć poród, bo kolejna rodząca ustawia się w kolejce. Uroczo, prawda? Ciary mi przeszły.

Przebywanie z dziećmi

Tylko w połowie zbadanych szpitali matki przebywały na sali razem ze swoimi dziećmi. Przyznam, że zdębiałam. W tym momencie karmienie naturalne leży i kwiczy, zwłaszcza u dzieci, które nie jedzą co godzinę-dwie, tylko wiszą od urodzenia do trzeciego miesiąca i cały czas jedzą. Łatwo wyobrazić sobie, że skoro nie ma na to „warunków”, zniecierpliwiona położna stwierdzi, że dziecko „nie najada się” i da butlę z mlekiem. Ciężko jest mi też wyobrazić sobie pierworódkę, która pod koniec pobytu w szpitalu dostaje dziecko, przyjeżdża z nim do domu i „radź sobie”.

Owszem, ma to pewnie swoje dobre strony. Kobieta zmęczona porodem albo cesarskim cięciem może sobie odpocząć, odetchnąć, zjeść spokojnie, iść do toalety, i w ogóle jakoś sobie radzić. Zwłaszcza przy dziecku, które jest bardziej wymagające. Może komuś to pasuje, nie wiem. Być może jeśli sale są pięcio-siedmioosobowe, jak w niektórych zbadanych przez NIK szpitalach, rzeczywiście nie da się inaczej.

Czas pracy personelu

W ponad połowie szpitali personel pracował nieprzerwanie przez ponad 31,5 godziny. Rekord wynosi 151 godzin bez przerwy! Nawet jeśli w tych godzinach zawierały się drzemki, prysznice i inne czynności potrzebne do w miarę normalnego funkcjonowania, nie wyobrażam sobie, żeby tak długi dyżur nie był bez wpływu na koncentrację i stosunek do pacjentki. Teraz wyobraźcie sobie ostre komplikacje porodowe i położną, która jakieś 80 godzin jest już na dyżurze. Aż chce się rodzić. Mamy też pewien ogląd na to, dlaczego lekarzowi i położnej nie zawsze chce się być miłym i cierpliwym dla cierpiącej pacjentki. Tylko czy cierpiąca pacjentka jest winna temu, że położna właśnie pracuje czterdziestą godzinę? No właśnie.

Standardy opieki okołoporodowej

Potrafię zrozumieć, że na pewne rzeczy wpływu nie mamy. Nie mamy wpływu na to, że szpitalowi brak pieniędzy na remont i rodzimy po kilka kobiet w salach – choć pewnie w wielu szpitalach dałoby się ograniczyć nieco brak intymności. Nie mamy wpływu na to, że gnieździmy się w kilka osób w salach. Natomiast czynnik ludzki jest czymś, na co wpływ mamy. I tu właśnie w grę wchodzi przyspieszanie porodu, o którym mówiłam, podawanie rutynowo oksytocyny, również rutynowe nacinanie krocza, no i cesarskie cięcia „na wszelki wypadek”. Z tymi cesarskimi cięciami jestem ostrożna. Owszem, jest ich coraz więcej, ale i dziwnie coraz więcej kobiet ich potrzebuje. Natomiast inne zabiegi robione po to, żeby „było szybciej” – sami rozumiecie.
I domyślam się, że idzie to trochę w parze z punktem „czas pracy personelu”, któremu to nie chce się czekać kilka godzin i męczyć razem z pacjentką, ale to nie jest uczciwe. Mamy prawo do tego, by rodzić bez utraty zdrowia i komplikacji spowodowanych niechciejstwem położnej lub lekarza! Ci zaś mają obowiązek poszerzać swoją wiedzę i doinformować się, co zmieniło się w opiece położniczej, od kiedy skończyli szkołę. A od czasów, gdy Joanna Szczepkowska ogłosiła koniec komunizmu, zmieniło się sporo. Niestety, nie zawsze na polskiej porodówce.

Karmienie naturalne

Daleko mi do terroryzmu laktacyjnego i butelkowego. Każdy karmi jak chce, niemniej jednak, jak wynika z raportów, piersią karmi się ciężko. I to nie dlatego, że nawał, ludzie nie chcą patrzeć, ale właśnie przez niedoinformowaną w kwestii laktacji opiekę personelu medycznego. W szpitalach w dalszym ciągu daje się butlę dzieciom wiszącym na piersi, bo „nie najada się! Nie widzi że dziecko głodzi?!”W dalszym ciągu pokutują mity o diecie matki karmiącej, za małych piersiach, ściskaniu ich, żeby zobaczyć czy leci pokarm i wielu innych. I tak, kobieta, nawet chcąc karmić, nie uzyskuje pomocy, bo etat doradcy laktacyjnego wciąż jeszcze nie jest pozycją stałą w menu. Mając wiedzę na temat laktacji, potrafi być zakrzyczana przez lepiej wiedzącą położną, że szkodzi dziecku. W ten sposób po 6 tygodniach piersią karmi mniej niż połowa matek.

Miałam szczęście!

Przyznam szczerze, że to, co pisałam, było dla mnie trochę magią. Brzydką i czarną magią, ale jednak magią. Sama miałam „przyjemność” całkiem niedawno zapoznać się bliżej z porodówką. Na lepszą położną trafić nie mogłam, reszta lekarzy i położnych też w porządku. Niektóre nieco humorzaste, ale każda pomagała, uczyła i robiła co mogła. Sala porodowa jednoosobowa, na położniczym dwuosobowe. Wręcz byłam w szoku, że na NFZ może być tak dobrze i tak normalnie. Fakt, że dowiadywałam się wcześniej, gdzie w okolicy rodzi się w miarę dobrze, ale i tak myślałam, że dziś standardy są już inne.
Jakże się myliłam.

Komentarze

komentarze