Niezmiennie zachwyca mnie fakt, że każdy ma jeden słuszny przepis na macierzyństwo. I to nie od wieku przedszkolnego, gdy każdy dobrze wie, do jakiego przedszkola masz posłać swoje dziecko, w jaki sposób kształtować jego sprawność manualną. Nawet nie od niemowlęctwa, gdy każdy wie czy masz nosić czy odkładać, żeby się nie przyzwyczaiło. Nie, tu chodzi o macierzyństwo od samego poczęcia.

Udało się więc albo jeszcze uważasz, że się nie udało, bo przecież nie planowałaś. W ręce trzymasz magiczny pasek z dwiema kreskami. Co teraz? Być może właśnie w tej chwili stwierdziłaś, że pójdziesz na zwolnienie lekarskie. A może planujesz pracować aż do dnia porodu. I tak podjęłaś złą decyzję i zostaniesz przykładnie obsmarowana błotem. Podać przykład?

Zwolnienie od początku ciąży

Kasia właśnie wróciła z pierwszej wizyty u ginekologa. Jak się okazało, prawdopodobnie szósty tydzień, a więc dość wcześnie. Udało jej się dostać na wizytę praktycznie dwa dni po zrobieniu testu, szczęściara. W ręce dzierży „ciążowe L4”, które następnego dnia pobiegnie złożyć w firmie. Kiedy przekaże radosną wiadomość znajomym, ci bardzo się zdziwią. „Ale jak to? Przecież dopiero szósty tydzień. Już chcesz odpoczywać? Nie przesadzasz trochę?” Nie, Kasia nie przesadza. Codziennie w pracy dźwiga ciężary, nieraz nieco cięższe niż przepisowe 20 kg, ale Kasia nigdy nie narzekała. Lubiła swoją pracę, śmiała się czasem, że gdyby nie te ciężary, musiałaby zacząć dbać o linię. Dziś jednak wie, że nie może tyle dźwigać, a w pracy stanowiska nie zmieni. Kaś nie jest wcale tak mało.

Zosia jest w ósmym tygodniu i planowała jeszcze trochę popracować, zwłaszcza że jej stanowisko pracy nie jest specjalnie wymagające. Już od samego początku jednak tak męczyły ją wymioty, osłabienie i inne ciążowe sensacje, że praktycznie od dwóch tygodni nie przychodzi do pracy. Dziś dowiedziała się, że powinna więcej leżeć, bo istnieje ryzyko poronienia. Kiedy wróci do domu, jej teściowa bardzo się obruszy. „Ciąża to nie choroba! Ja wymiotowałam do kosza na śmieci i szłam dalej pracować. Skończyłam dwa dni przez terminem. Jak będziesz się tak lenić w domu, to nigdy nie urodzisz, nic dziwnego że takie słabe to wasze pokolenie, a potem wszystkie jak jedna, na cesarkę”. Sąsiadka dorzuci trzy grosze – „Mi też groziło poronienie i co? Z krwawieniem kopałam ziemniaki, bo musiałam. Syn się zdrowy urodził, a Ty przecież nie kopiesz ziemniaków, tylko w biurze pracujesz. Pieścicie się ze sobą, najlepiej wszystko matkom pod nos!” Zosia jest zbyt słaba, żeby wymyślić ciętą i chamską ripostę albo kopnąć baby w zad. Zoś również jest dużo.

A może bez zwolnienia?

Anka z kolei jest już w 39 tygodniu i właśnie leci do pracy ogarniać ostatnie projekty. Trochę się wczoraj bała, że nie zdąży, bo skurcze przepowiadające robiły się podejrzanie mocne, ale na szczęście minęły. Koleżanki śmieją się, że w gabinecie szefowej jest wygodny rozkładany fotel, na którym może w przerwie na kawę urodzić i wrócić dalej do pracy, Ance jednak nie było do śmiechu, gdy przypadkiem usłyszała, jak zostaje obsmarowana przez dziewczyny z sąsiedniego działu. „Wariatka. Przecież dostałaby zwolnienie, taka naiwna trochę że dalej chce się dawać wykorzystywać w pracy. Ja bym odpoczęła”. „Wiecie, bo to taki typ pracoholiczki. Chore trochę, w ciąży powinno się odpoczywać, relaksować, a nie latać po pracy”. A przecież Anka czuła się w miarę dobrze, nie odczuwała potrzeby odpoczynku. Więc w czym problem?

Są jeszcze kobiety, które przestają pracować w połowie ciąży, jeszcze w innym terminie, każda z innych powodów. Te jednak nie budzą takich kontrowersji, jak wyżej wymienione. Sama byłam zresztą wypadkową Kasi i Zosi – poszłam na zwolnienie zaraz po pierwszej wizycie u lekarza. Zwolnienie jak najbardziej uzasadnione, choć pewnie znalazłby się ktoś, kto wsadziłby mnie do worka z podpisem „Zaszła w ciążę, bo nie chciało jej się pracować”. I nie twierdzę, że nie ma nikogo, kto do tego worka nie pasuje albo że nie ma zupełnie kobiet, które czują się świetnie i mogą iść do pracy, a mimo to biorą zwolnienie. Tylko że to nie uprawnia nikogo do pakowania w ten worek innych kobiet. Nie jesteśmy w ich butach, nie znamy sytuacji. Po co więc komentujemy?

Kiedy więc idziemy na zwolnienie w ciąży?

Odpowiedź jest prosta. Kiedy musimy. Kiedy złe samopoczucie, tak częste w ciąży, przeszkadza nam w wykonywaniu obowiązków. Kiedy nasze obowiązki są zbyt ciężkie, pracujemy w chemikaliach czy innym niekorzystnym środowisku i obawiamy się o dziecko. Kiedy okazuje się, że musimy przystopować albo nawet leżeć. Kiedy czujemy się nadmiernie zmęczone i obciążone.

Idziemy wtedy, kiedy zadecydujemy o tym razem z lekarzem prowadzącym ciążę.

Nie gdy zadecyduje o tym koleżanka z pracy, anonim w internecie, mama, babcia czy ktoś inny.

Komentarze

komentarze