Macie może czasem tak, że zjecie coś naprawdę dobrego? Naprawdę oznacza nie znakomitego schaboszczaka z talarkami, który tym razem Twojej mamie udał się wybitnie. To oznacza coś, co zjesz, po czym stwierdzisz, że teraz właściwie możesz umrzeć. Nic lepszego Cię na tym świecie nie spotka.

Zapewne złudne to uczucie i podobne nieco do „kaca książkowego”, który dotyka człowieka po przeczytaniu znakomitej książki. Pewnie to znasz – czytasz, czytasz i nagle kartki się kończą. A Ty zostajesz. Nagle musisz wrócić do swojego świata i żyć w nim dalej, bez głównego bohatera swojego czytadła. To potrafi boleć nawet kilka dni, gdy zostajesz z myślami sam, na siłę próbując wcisnąć się znów do książki, żyć tamtym życiem, ale ten świat jest już zamknięty, trochę jak wygasły komin albo szafa jeszcze niedawno zabierająca w inny wymiar.

I tak jest z dobrym jedzeniem. Natykasz się na nie, próbujesz – i zaczyna się dramat. Nic już nie smakuje tak, jak powinno. Nagle ulubione domowe pierniczki stają się pospolite i smakują jak podrzędne pierniczyny w piekarni z centrum handlowego. No dosłownie nie cieszy nic. Chciałbyś z jednej strony oszczędzać ten smak, zachować go jak najdłużej, niczym moja córka marchewkę, co ją znalazłam dziś zasuszoną pod materacem. Z drugiej zaś usiadłbyś i ordynarnie jadł, pozwalając sobie na skondensowane niebo – teraz, właśnie dziś, w tej godzinie, gdy istniejesz z odkrytym właśnie jedzeniem.

Miałam tak już nieraz – najczęściej z jedzeniem regionalnym, z którym cała zabawa polega na tym, żeby go później szukać w miejscu, w którym mieszkasz. Czeskie trdelniki… Do dziś śni mi się kupowanie ich w Pradze, mimo że coraz więcej foodtrucków je oferuje. Oblaty z Czech – nieco trudniejsza sprawa. Mam tak zresztą bardzo często z tureckimi słodyczami. Mam do nich słabość. Baklawa, chałwa, rachatłuki – tego się nie da nie kochać.

I tak właśnie, w te święta dostałam chałwę pod choinkę. Nic w tym dziwnego, bo chałwę w prezencie dostaję często i absolutnie nie jest to prezent typu „niechciane skarpetki”. Mimo że łatwo można ją dostać, bardzo ją lubię i powolutku, ze smakiem zjadam, niejasno czując, jak wewnętrzna Chodakowska cicho łka, za co bardzo ją przepraszam, zwłaszcza w chwili, gdy próbuję dopiąć spodnie w przymierzalni, kląc na chińskich szwaczy, że coraz węższe te ciuchy robią. No więc dostałam chałwę, ale oprócz tej zwykłej, dostałam też taką inną. Wygląda trochę jak taka „poczochrana” chałwa, takie skrzyżowanie chałwy z watą cukrową.

I tak też smakuje! Wyobrażacie sobie dobrą, acz ciężką chałwę, której ktoś odbierze gorzkość zawartą w jej ciężkości i nada lekkości waty cukrowej? Zapewne u świętego Piotra na recepcji leżą takie kłębki i dusze, które za chwilę przekroczą bramy, mogą się poczęstować, co też skwapliwie czynią! Jest to bowiem niesamowite połączenie.

Pismaniye, bo taka nazwa tego kłębka, który wygląda dosłownie jak scukrzona owcza wełna to, za wikipedią: „deser kuchni tureckiej, rodzaj waty cukrowej zrobionej z mąki pszennej i cukru, z aromatem wanilii.”. Jak już pisałam, jest słodki, ale nie tak słodko-gorzki, jak zwykła chałwa, ta słodkość jest delikatniejsza. Delikatniej jest też na żołądku, bo pismaniye nie jest tak tłuste, jak jej chałwowy zbity odpowiednik. Nie zostawia nawet tłustych plam na palcach! Dotykając, masz wrażenie głaskania uroczego yorka. Czy można bardziej zachęcić?

Zapisuję więc pismaniye na liście słodyczy, dla których tracę głowę i zyskuję boczki i cieszę się, że w przeciwieństwie do słodyczy „praskich”, mogę je najprawdopodobniej znaleźć w marketach w miarę blisko domu. Ponoć były widywane w Auchanie. Chyba zrobię sobie wycieczkę.

Komentarze

komentarze