Kilka lat temu podczas ogłoszeń duszpasterskich w moim studenckim mieście ksiądz odczytał krótki list o „miejskich żebrakach”. Prosił w nim, by nie dawać im pieniędzy. Tłumaczył, że te osoby przyjeżdżają z rana często nawet wspólnym autokarem, rozdzielają się i proszą ludzi o pieniądze, bo taki mają sposób na życie. Oczywiście, podniosło się oburzenie, bo ksiądz odradza pomoc biednym i potrzebującym. No jak to tak?

Tak to, że im więcej takim biedaczkom się dawało, tym pełniejsza była ich starówka. Z kilku żebraków zrobiła się rzeczywiście mafia, której się należy. I tak nagle uliczka zapełniła się „cygankami”, zarówno tymi z podejrzanie śniętymi dziećmi, jak i bez nich, pijaczkami, bezczelnie pytającymi się „Szefowaa, ja mam pytaniee, ale mogeee? Rzuciłaby szefowaa kilka groszyyy, tak na pifko albo dwa, heheee?” Rzeczywiście, bardzo zabawnie i oryginalnie. Boki zrywać. Tak mnie rozczulił, że chyba mu to piwo kupię.

I tak któregoś razu pod owadzim supermarketem zostałam dość nieprzyjemnie wyzwana przez menela, któremu pożałowaliśmy kilku groszy. Pewnie sami jesteśmy sobie winni, w końcu biedaczysko głodne było, a myśmy brutalnie pożałowali pomocy. Nic to jednak w porównaniu z historią w pewnym dużym fast-foodzie, gdzie jedna z wiecznie wróżących na starówce Romek stanęła za panią z dwójką dzieci i zaczęła sobie grzebać w szalu. Grzebie sobie, jasne, nic mi do tego, ale jakoś tak w nim dziwnie szukała, że zaczęłam się jej przyglądać. Może zresztą zadziałał stereotyp – bardzo możliwe, że innej osobie bym się tak nie przyjrzała. Tu jednak przeczucie i stereotypy narodowościowe nie zawiodły, bo kobieta podczas grzebania w szalu przysunęła rękę do torebki kobiety i powoli ją tam wsadziła. Szybko wyjęła, gdy zobaczyła, że aż wyszłam z kolejki, żeby ją obserwować. Finał szczęśliwy, bo ostrzegłam matkę, a tej na szczęście nic nie zginęło. Co prawda sama naraziłam się na groźby Cyganki, a do domu wracałam ze znalezionym w torebce szydełkiem, patrząc czy nie gonią mnie „synkowie” tej pani. Ot, zabawna historia. Zabawna po latach.

Czy więc wcale nie pomagać? Za co ci ludzie mają żyć?

Na dworcu w tym mieście było dość duże ogłoszenie o noclegowniach w okolicy. Nie było ich mało, później dowiedziałam się zresztą, że miejsc spokojnie starcza. Warunki zapewne odbiegają od Hiltonu, z drugiej strony pod mostem chyba też najwygodniej nie jest. Później dowiedziałam się jeszcze, że można tam spokojnie wymienić odzież na mniej śmierdzącą, wolną od żyjątek. Nie wiem jak z jedzeniem, co prawda działają jadłodajnie dla bezdomnych, ale nie byłabym pewna, na ile można najeść się tak, by za chwilę nie być głodnym.

Jedzenia zresztą nie odmawiałam, zdarzało mi się kupić bułkę albo drożdżówkę. Zdarzało mi się oddać wafle i bułki które miałam na dłuższe maratony zajęciowe na studiach. Nie mam zamiaru się tym chwalić, bardziej pokazać kierunek, w który można pójść. Podpowiedzieć, jak nie pomagać ludziom, żeby nie wyszło, że im nie pomogliśmy.

Czemu więc ci ludzie nie zajmują noclegowni? „Niestety”, najczęściej trzeba tam być trzeźwym. No i chcieć się trochę odświeżyć od czasu do czasu. Tak, ci ludzie często tego nie chcą. Ludzie, którzy zajmują noclegownie, na co dzień nieraz pracują. Zbierają złom i puszki, nierzadko okupują budowy, prace fizyczne – często wpada im kilka groszy, zbyt mało jednak na wynajem mieszkania. Najczęściej tyle, by zjeść, no i czasem wypić jakieś piwo.

A jeśli już chcemy koniecznie wydać pieniądze na bezdomnych?

Wtedy warto po prostu wspomóc organizacje, które się tym zajmują: właśnie noclegownie i jadłodajnie oraz instytucje zajmujące się wychodzeniem z bezdomności. Bo są ludzie, którzy mają na to dużą szansę, nie piją, nie ćpają, być może gdzieś stracili pracę, może dopadła ich choroba. Różnie się życie układa. Dając pieniądze, czujemy się lepsi, ale i uniezależniamy ich od siebie. Obojętnie czy dzieje się to powoli, bez ich wiedzy czy też za przyzwoleniem.

Mało tego, pośrednio lub bezpośrednio tworzymy patologie – do jadłodajni, w której pracowałam latem, przychodził włóczęga z nogą jak bania, którą wystawiał, żeby wzbudzać litość. Wzbudzał, a jakże! Stać go było na dobry obiad i piwo za nadmorskie ceny, więc codziennie rano pracowicie sobie tę nogę na nowo haratał, żeby była bardzo spuchnięta. Słyszałam, że nogi już nie ma. Jak nie pomagać? Ano, właśnie tak.

Nawiasem mówiąc, cyganka dom najprawdopodobniej miała. Całkiem możliwe, że wiodło się jej lepiej, niż niejednej osobie w moim akademiku. Całkiem możliwe, że pijaczyna zaczepiający studentów i grający im na łyżkach również na noc wracał do domu i uprzykrzał rodzinie życie. Naprawdę chcemy się do tego przyczynić?

Komentarze

komentarze