W jednej ze znanych sieciowych księgarni natrafiłam na reklamowaną ostatnio książkę, o Hygge. Interesują mnie dziwne i nagle modne zjawiska społeczne, więc przekartkowałam pospiesznie. Książka okazała się dziwnym nieco katalogiem wnętrz, połączonym z książką kucharską. Z pewnością jednak znajdą się tacy, którzy kupią, zachęceni modą.

Ponoć Eskimosi mają kilkadziesiąt określeń na śnieg (przerwa na suchar! Ja znam więcej, kiedy odśnieżam podjazd), w innych językach znajdziemy mnóstwo idiomów, które na język polski nie mają przełożenia. Moim ulubionym jest „couch potato”. W każdym razie, w duńskim języku funkcjonuje „hygge” i jak się zdążyłam zorientować, oznacza ono szczęście, ale nie takie zwykłe szczęście, że oto masz cudowne życie, męża i dzieci albo dobrą pracę, która daje Ci spełnienie, podróżujesz czy też ułożyłeś/aś sobie życie w inny piękny sposób. To nie euforia z powodu ukończenia długiego projektu w pracy. Nie, to jest ten rodzaj szczęścia, kiedy siedzisz w cieplutkich skarpetach przed kominkiem i czytasz dobrą książkę, spotykasz się z przyjaciółmi, pijecie wino i dobrze Wam się gada albo leżysz w hamaku i kontemplujesz chwilę spokoju, ciepło i słońce. Chyba najbliżej tego będzie słowo „relaks”.

Kto z nas nie lubi takich momentów? Zwłaszcza że często zdarzają się niespodziewanie – najlepszy „hygge” to taki, gdy po ciężkiej pracy nagle wpadają przyjaciele, morda sama się uśmiecha, temat sam się narzuca i w ogóle, jest pięknie. Albo też nagle mąż/żona/ktoś z rodziny bierze dzieci na spacer, a Ty możesz w końcu poczytać książkę i wypić spokojnie herbatę. Nastrój łapie się sam. Im bardziej za nim gonisz, tym bardziej ulatuje.

Bawi mnie więc niezmiernie „sprzedaż” i odkrycie hygge przez marketingowców. Nagle okazało się, że odpoczynek to zabawa dla bogatych. Już nie wystarczą przyjaciele, kanapa i stara książka. Potrzebujesz kominka, wosków znanej firmy, rozwieszonego w pokoju hamaka z Ikei we wzorek pasujący do tapety, łóżka z palet budowlanych, poduszek z Zaraza Hołm, skarpetek specjalnie do wypoczynu z haemu, dresu we wzorek pasujący do hamaka i kanapy… I wielu wielu innych.

Mało tego, z jeszcze większym rozbawieniem przeczytałam rozkminy na pewnej feministycznej stronie – czy można mówić o hyggelizmie, jeśli wokół istnieje niesprawiedliwość społeczna, giną łosie, polujemy na olej palmowy, itp? Czy etyczne jest w takim momencie robić potrawę z książki i gadać ze znajomymi? Czy wolno nam takie szczęście odczuwać?

Czy rzeczywiście odczujemy hygge za miliony monet?

Zastanawia mnie też, na ile hygge będzie odczuwalny, jeśli będziemy za nim gonić z internetem i katalogiem w ręku? Na pewno przybędzie nam nowych obserwatorów w mediach społecznościowych, kiedy po raz kolejny wbijemy hasztag „hygge” – tylko czy rzeczywiście będziemy go odczuwać? Kiedy w końcu po długich staraniach urządzimy pokój dumania tak, by wyglądał na skandynawski pokój wypoczynkowy, kupimy dresik za tysiąc pińćset i najmodniejszą ostatnio książkę, będziemy się cieszyć? To będzie nasze szczęście czy kolejna ciekawa katalogowa iluzja?

Na szczęście hygge jest dla wszystkich – warto tylko pamiętać, że życie to nie samo hygge, o czym zapewne za chwilę zapomną instagramowe gwiazdy w pogoni za kolejnym hasztagiem z nową książką i skarpetkami. Relaks jest jak najbardziej pożądany, jak najbardziej każdy z nas ma do niego prawo. Warto tylko pamiętać, że poza nim przydaje się troszkę popracować, żeby było w ogóle po co odpoczywać. Mało tego, nie potrzebujemy do niego pieniędzy, a jeśli już, to niewiele. Ulubiona, acz niemodna gazeta na starej kanapie, którą powinieneś już wywalić, czytana w znoszonym i wygodnym dresie lub spotkanie z pryszczatą i grubą przyjaciółką przy piwie z Tesco może nie wygląda dobrze na instagramie, za to dużo prędzej stanie się źródłem dobrego relaksu i radości, niż instagramowa weranda za dwadzieścia tysięcy czy hamak pasujący do ścian.

Komentarze

komentarze