Podczas lotu balonem/ smacznej kolacji w restauracji/ z zaskoczenia, w przychodni stomatologicznej on nagle klęka przed Tobą. Głos mu się trzęsie, wyjmuje magiczne kwadratowe pudełeczko, a Ty już wiesz! Serce Ci bije jak oszalałe… Gratuluję! Już za chwilę welonowe zapalenie mózgu zmieni Twoje życie w niewyobrażalny sposób.

Chyba każdy, kto brał kiedykolwiek ślub, a do tego organizował jeszcze przynajmniej niewielkie wesele, wie ile z tym załatwiania, biegania, pieniędzy, no i przygotowań. Wiadomo, sukienka i garnitur same się nie przymierzą, nie kupią lub nie uszyją. Sala w dobrym miejscu się sama nie zarezerwuje. Nawet goście w okrutny sposób utrudniają całą sprawę i nie chcą się sami zaprosić. Koszmar – a to tylko wierzchołek góry lodowej. Na całość ślubu składają się miliony drobiazgów, które koniecznie trzeba załatwić.

Nic więc dziwnego, że przyszła Panna Młoda i przyszły Pan Młody kilka miesięcy przed ślubem nie śpią, próbują ogarnąć choć najpotrzebniejsze rzeczy. Jeśli do tego mają poczucie estetyki i chcą żeby wszystko wyglądało ładnie i w miarę do siebie pasowało, czeka ich jakieś dwa razy więcej pracy.

Ale czym jest welonowe zapalenie mózgu?

No właśnie. Pół biedy, jeśli wymarzyliśmy sobie ślub w kolorze fioletu, chcemy jakieś tam dodatki do sukni, muszkę, wystrój na stole i w kościele w fioletowe wzory. Nie nie, kobieta z WZM, bo przyznajmy szczerze, na WZM zapada dużo częściej kobieta, godzinę po zaręczynach loguje się na piętnastu forach ślubnych, czterdziestu grupach facebookowych i dodaje do zakładek siedemnaście ślubnych blogów. A to dopiero początek.

pierścionek zaręczynowySuknia? Tak, ma wymarzoną, opowiedziała o niej krawcowej, potem kolejnej i chyba ostatniej, która wreszcie chyba zrozumiała, o co chodzi w projekcie. A i tak odbierze ją tydzień przed ślubem, zanosząc się od płaczu, bo fioletowy płatek miał iść na godzinę 9:47 od środka dekoltu, a wyraźnie jest na godzinie 9:51, co psuje całą stylistykę i rujnuje figurę.

Sala? Ogromny dylemat, bo jedyna sala na 150 osób jest nie w tej dzielnicy i nie z tym widokiem, jaki wymyśliła sobie przyszła panna młoda. Co wybrać? Jak wybrać? Kiedy już wybór stał się praktycznie dokonany, okazało się, że w tej akurat restauracji nie da się ustawić stolików w sposób, jaki wymyśliła pacjentka z WZM. Z bólem serca państwo młodzi zmieniają lokal jeszcze pięć razy, doprowadzając siebie i restauratorów do pierwszych siwych włosów.

A to dopiero początek…

Co dalej? Kłótnia z księdzem, bo ślub na plaży i wymarzone „Hallelujah” ze Shreka jakoś nie mieści się biednemu proboszczowi w głowie – obowiązkowo. Następnie kłótnia o gości – przecież to oczywiste, że ciotka Zosia być musi, a wujek Jerzy powinien obejść się smakiem! A jeszcze dodatki. Wiecie, to co w tym wszystkim tak naprawdę najważniejsze. Miłość jakoś kiedyś przyjdzie, ale winietki zaproszenia, prezenty dla gości i dekoracje same się nie zrobią! I tu zaczyna się wielkie przeczesywanie internetów, projektowanie, przyszli państwo młodzi nie śpią po nocach, próbując stworzyć coś winietkę, która idealnie pasuje do trendów ślubnych, a jednocześnie jest oryginalna.

I tu zaczyna też się prawdziwe szaleństwo welonowego zapalenia mózgu. Płacz o wygląd zaproszeń, księgi gości, histeria o dodatkowe atrakcje na weselu, aranżację sesji narzeczeńskiej i małżeńskiej to tylko niektóre objawy. Ustalanie dodatków to ten moment, kiedy choroba może doprowadzić do spędzenia reszty przygotowań w zakładzie zamkniętym, rozstania niedoszłej pary młodej albo zdecydowanego „ja się tym zajmę!” osoby, której WZM nie dotknęło.

Ślub i jego organizacja to stres sam w sobie.

Dobrze jest tego dnia mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, zadbać o estetykę, dobre samopoczucie gości, no i swoje samopoczucie. Planowanie ślubu i wesela przypomina jednak nieco budowanie piramidy z drewnianych klocków. Im bardziej misterna i większa piramida, tym większa szansa, że coś gdzieś odpadnie i coś pójdzie trochę nie tak. Sama pamiętam, gdy jakieś dwie godziny przed wyjściem do kościoła przywieziono mi z kwiaciarni bukiet, którego spodziewany wygląd dokładnie opisałam przedtem w kwiaciarni, a który wyglądał jak z koszmarków florystycznych. Rozwalił się zresztą już przed salą weselną.

Dramatu jednak nie było. Tak po prostu jest, że na każdym chyba ślubie coś wychodzi nie tak albo inaczej, niż miało być, później jest z tego anegdota rodzinna, a wnukom opowiada się, jak dziadek poszedł w kaloszach przed ołtarz, bo wszystkie buty zostały 100 km dalej, a wizytowe nagle się rozkleiły. U osób z welonowym zapaleniem mózgu jednak odpadnięcie klocka od piramidy jest niedopuszczalne. Każdy źle postawiony piksel na zaproszeniu urasta do rangi katastrofy, z powodu której porusza się niebo i ziemię.

Czy welonowe zapalenie mózgu się leczy? Można, ale najczęściej z kiepskim skutkiem, o czym świadczą coraz bardziej dramatyczne w miarę zbliżania się „wielkiego dnia” posty „Pomóżcie!!! Didżej, o którym marzyłam od dziecka wyjeżdża na Majorkę akurat na mój ślub! Co ja mam, motyla noga, zrobić?!!!” Jest jednak i ta lepsza wiadomość! Choroba mija. Samoistnie. Gdy już przyniosą suknię z kopytem, tfu! Welonem, złoty krążek wcisną na rękę i goście powoli się ulotnią, wraz z schowaniem welonu do szafy, znika i welonowe zapalenie mózgu.

O ile druga strona je wytrzyma.

Komentarze

komentarze