„Dwie kanapki. Ale bez padliny poproszę!” usłyszałam za plecami, wypowiedziane ostrym tonem. Aż odwróciłam się ze zdumieniem, bo przecież stałam w centrum handlowym, w ciastkarni, nie w wietnamskiej restauracji, gdzie na zapleczu smażą się kotki na „noodle z kurczakiem”. Tak samo zdziwiona była sprzedawczyni.

Uznałabym to za żart, ale kobieta żądająca kanapki miała dość ostrą i zaciętą minę. Właściwie to wyglądała tak, jakby miała zamiar obwinić ludzi wokół, że nie życzy sobie kanapki z padliną. Szczerze współczułam kobiecie za ladą, która starała się nie wyzwać dziewczyny, nie wyśmiać i nie wzywać ochrony, a jedynie próbowała wybadać, czego rzeczywiście chce dziwna klientka. „No przecież mówię, że bez mięsa!”, prawie krzyknęła kupująca. W tym momencie nie wytrzymałam i ryknęłam moim typowym radosnym śmiechem – wiecie może, takim, kiedy koniowi się chce, a pod sobą ma blachę. Pewnie gdyby wzrok mógł zabijać, tego wpisu by nie było i rozkmin również, ale przynajmniej sprzedawczyni mogła się uśmiechnąć pod nosem.

To chyba wtedy złożyłam sobie do kupy inne podobne sytuacje, między innymi tę, gdy znajomemu jeszcze za czasów studiów w Toruniu dziewczyna przechodząc, syknęła: „morderca”, gdy kupował kiełbasę na obiad. Pomijając fakt, że jako studenci kiełbasę jedliśmy podłą i zapewne niewiele zwierząt dla niej oddało życie, prędzej użyto makulatury – było dziwnie. Zawsze mogła przecież nie przechodzić obok kolejki do mięsa w Polo Markecie.

Posiłki wege w restauracjach

Rozumiem, że można kochać zwierzęta, ale czy można tę miłość narzucać na siłę innym? Pamiętam, gdy jedna z organizacji prozwierzęcych walczyła o wprowadzenie wege-hot-dogów do menu jednej z sieci stacji benzynowych. Podniosły się głosy, że posiłki wege powinny być wręcz przymusowe w menu. Na pytanie czy w restauracjach wege w takim razie powinien widnieć przymusowy posiłek mięsny, odpowiedzi najpierw nie dostałam, następnie nie nadała się ona do przytoczenia. Nawet nie dlatego, że brakowało w niej logiki. Choć przez stek epitetów się nie przedzierałam.

I nie, absolutnie nie jestem przeciwko takim posiłkom! Wręcz przeciwnie, ja poza domem nie bardzo lubię jeść mięsa, bo często w restauracjach i fast foodach jest ono nieświeże, ciężkie albo tłuste. Czasem nie pogardzę kebabem czy burgerem, ale przyznam że odkąd wprowadzono opcje z falafelem i kotletami warzywnymi, mięsiwo poszło w odstawkę. Podobnie przy bardziej obiadowych posiłkach, jeśli mam do wyboru opcję bezmięsną, prawdopodobnie taką wybiorę. Nie dlatego, że żal mi prosiaczka, po prostu taka bardziej mi poza domem smakuje.

Odnoszę jednak wrażenie, że da się inaczej, niż protestami, które były tak bezsensowne i pełne jadu w stosunku do ludzi myślących inaczej, że ja, która za hot dogami nie przepadam, miałam ochotę wziąć i jeść, tak na złość.

Kocham, więc oszukuję

Jakiś czas temu w Otwocku pewna kobieta zgłosiła do fundacji zajmującej się zwierzętami, że znalazła małego kota. Kot był lekko zaniedbany, ale radosny, chciał się bawić. W uchu miał piankę montażową, taką która nieraz wala się na budowie. Najprawdopodobniej w ferworze zabawy i gonitwy w piasku wleciała mu do ucha. Kota kobiecina nie mogła wziąć do domu, bo miała tam noworodka i innego zwierzaka. Zresztą, nie miała takiego obowiązku.

Po kilku dniach fundacja wystawiła zdjęcie kota z przerażającym opisem, jak to kotek był bestialsko katowany, dręczony przez pracowników budowy, a znaleziony pełzał, nie mogąc nawet chodzić. Wiecie, taki typowy opis, pod którym znajduje się mnóstwo komentarzy, które są jedną wielką gwiazdką i bluzgiem na ludzki naród. Kobieta, która znalazła kota i chciała wyjaśnić kłamstwa, została na profilu fundacji zablokowana.

Mimo ewidentnej winy fundacji zajmującej się opieką nad zwierzętami, znaleźli się i tacy, którzy kłamstwa bronili, potępiając panią, która zamiast obowiązkowo zatrzymać kota i leczyć go na własny koszt, oddała go fundacji. Mało tego, nikt z fundacji nie miał zamiaru wytłumaczyć się z kłamstwa, brnąc raczej w żale, że tyle dobrego robią, a zostali tak okrutnie oskarżeni. Nic to, że na robotnicy z budowy, którzy mieli katować kota, dostawali groźby i obawiali się linczu. Liczyła się łzawa historia. I pieniążki na kocurka.

Zamiast podsumowania…

Jestem osobą, która nad zwierzaka stawia człowieka, nie zabronię jednak nikomu robić inaczej. Po co zresztą miałabym to robić? Po to się być może różnimy, żeby każdy z nas mógł pomóc w innej sprawie. Sama nieraz zresztą przypominałam choćby fakt, że zwierzak to nie zabawka i jeśli nie czujemy się na siłach, po prostu go nie bierzemy.

Z drugiej strony, czasem mam wrażenie, że czasem tego zwierzaka kocha się za mocno. Kocha się, zezwalając przez to na krzywdę drugiego człowieka. A to już jest przykre.

Komentarze

komentarze