Jeśli masz dziecko, zapewne naczytałaś się już wiele o korzyściach płynących ze zdrowego i świeżego powietrza. Co prawda tej zimy częściej mamy do czynienia z alarmami smogowymi, niż z takimi zachętami, ale żaden smog przecież nie zieje ogniem wiecznie. Wybraliśmy się więc i my na krótki spacer, dostrzegając inne niż zwykle korzyści związane z obcowaniem z naturą.

Dziecko nabiera odporności

I nie, nie chodzi mi tu o skandynawski chów, gdzie dziecko z gilem do pasa wypuszcza się na deszcz i burzę, żeby było zdrowe i silne. Pamiętacie może dowcip o mięsku, co samo przypełzło do piaskownicy? To zapewne wiecie, że mięsko naprawdę nie jest najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić. Bo co zrobić, jeśli pociecha z czułością daje Ci do ręki znaleziony skarb, a do Ciebie z coraz większą grozą dociera, że ten ciepły jeszcze skarb należy do… szczekającego Brysia, który przed chwilą zgubił się sąsiadce na placu zabaw?

Istnieje wiele dobrych stron takiego rozwiązania! Kiedy dziecko płci żeńskiej dorośnie i za spory kawał czasu zajdzie w ciążę, może darować sobie kłucie w celu znalezienia różnych bakterii, gbsów, toksoplazmoz i innych. Może po prostu założyć, że ma je z całą pewnością i nie stresować się dalej. Rozwiązanie na lata! Nieprawdaż?

Jeśli przypadkowo masz wykształcenie w kierunku biologiczno-chemicznym bądź też ma je Twój dobry znajomy, warto po takim spacerze wrzucić dziecko pod mikroskop! Ziarenkowce, pałeczki, laseczki, dwoinki, paciorkowce, przecinkowce – to zapewne jedni z wielu nowych przyjaciół Twojego dziecka. Już nie będzie samo! Zero wymyślonych przyjaciół, oni będą istnieć naprawdę.

Poprawa kondycji

Nie, nie dziecka. Twojej. Dziecko rodzi się zazwyczaj z kondycją, której pozazdrościłaby hybryda Chodakowskiej z Mel B – puszczone w interesujący je obszar jest jak „Piłka” z wiersza Ludwika Jerzego Kerna, czyli skacze i skacze i skacze i przestać nie może. Parafrazując tekst Carlina: „The planet is fine! The people are fucked!”, dziecko na dworze będzie miało się dobrze. Ty masz przerąbane. Będziesz musiała się ostro napracować, żeby po siedemdziesiątym ściąganiu szkraba ze zjeżdżalni Twój brzuch odzyskał upragnioną oponkę.

To może wózek? Hihihi, hohoho! Ławeczka? Ewentualnie, jeśli jest odpowiednio wysoka, by dziecko mogło znaleźć dziką radość we wchodzeniu i schodzeniu na nią, oczywiście z pomocą matki. W przeciwnym razie służy raczej jako element ozdobny, coś jak piękna rozetka na płocie sąsiadki albo kołatka na drzwiach, przy których od lat dziewięćdziesiątych już wisi dzwonek. Ewentualnie może na niej usiąść starsza właścicielka szczekającego Brysia, żeby ten mógł puścić w dziecięcą przestrzeń kolejne skarby.

Odkrywasz kolejne zdolności dziecka

„Moje dziecko jeszcze na to nie wejdzie”, powiedziała kiedyś naiwnie każda matka. Nie wejdzie na drabinkę, przecież miesiąc temu nauczyło się chodzić! Na chybotliwą belkę to już tym bardziej, przecież musiałoby jako tako łapać równowagę. Dlatego jesteś spokojna, dla Twojego dziecka jest przecież ten konik na sprężynce, na którym sadzasz i bujasz łagodnie. Dla Twojego dziecka jest specjalnie skonstruowana huśtawka niemowlęca! No i piaskownica.

Niestety, smyk najczęściej nie ogarnia stadiów rozwojowych i nie wie, że teraz ten konik i huśtawka. Za to ta drabinka wydaje się być bardzo atrakcyjna, no i jest drewniana, a przecież sama mówiłaś, że drewniane zabawki to są te najbardziej rozwojowe? No to masz, teraz kombinuj, jak ściągnąć małego wariata bez kompromitowania się z wzywaniem straży pożarnej. Bo przecież z Twoim lękiem wysokości tam nie wejdziesz?

Berbeć się uniezależnia

Masz w domu malucha, który mimo opanowania nauki chodzenia na poziomie B2 nadal woli wisieć na Twoich rękach i nie wyobraża sobie nocnego snu bez Ciebie? Zastanawiasz się czy przed maturą da się go jakoś choć trochę odczepić i ciężko Ci to sobie wyobrazić? Wybierz się więc na spacer! Jesteś już? To teraz puść powoli rękę dzieck… a, samo puściło? To teraz lepiej uważaj.

Mając taki egzemplarz, wpadłam na diaboliczny plan schowania się za najbliższe drzewo i obserwowania czy dziecko będzie mnie szukać. Zapewne domyślacie się już, że to był ten moment, gdy dziecko dopadło… Hm, nazwijmy to skarbem Brysia. Gdyby nie to, podbiegłoby zapewne do podejrzanie wyglądającego pana, przeczesało worek z liśćmi, a gdyby mu na to pozwolić, skoczyłoby do Lidla. Nie pozwoliłam niestety. Za to  miałam cichą nadzieję, że eksplorujące dziecko po wizycie na placu zabaw nie będzie już takie samo i w domu opuści matczyne ramiona, choć na chwilę. O ja naiwna.

Podsumowując – istnieje wiele zalet wychodzenia na spacerki i wcale nie są te zalety, o których trąbią nam pediatrzy, panie w żłobkach i przedszkolach. Tak się zastanawiam czy jedną z nich nie jest choćby dobór naturalny, ale chyba byłoby zbyt okrutne pisać o tym w miejscu, który czytają rodzice i osoby o słabym sercu. Resztę pozostawiam więc Waszym domysłom.

Komentarze

komentarze