Miłościwie, bądź też mniej miłościwie nam panujący, zapowiedzieli kolejne reformy edukacyjne. Jakieś kilka lat po tym, jak w Polsce skończył się komunizm, MEN stwierdziło, że bez reform stanie się w końcu bezrobotne. Zamiast więc udoskonalać dobry system, po którym wypuszczaliśmy w świat niezłe zdolniachy, stwierdziło, że wymyśli coś nowego. I wymyśliło – gimnazjum. Kolejna ekipa, również najwyraźniej bojąc się bezrobocia, wypuszczała kolejne kwiatki, jak posyłanie pięciolatków do szkoły, itp.

Tym razem więc nie jest inaczej. Ponoć ma się dziać dużo, bo bardzo ogólnie sprawę przedstawiając, wrócimy do stanu sprzed wprowadzenia gimnazjum. Bardzo ogólnie, bo wiele się jednak zmieni. Gimnazjów jednak nie będzie i bardzo się z tego powodu cieszę.

Sama miałam przyjemność do „gimbazy” uczęszczać. Nie, spokojnie, nie mam strasznych wspomnień, jak to bito mnie za szkołą i zmuszano do palenia papierosów oraz przynoszenia pieniędzy starszym. Prawdą jednak jest, że 13-16 latki zamknięte razem funkcjonują całkiem inaczej, niż 8-15 latki. Młodsi mają łagodzący wpływ na starszych, sami też się pilnują trochę bardziej, żeby nie broić. A wiek 13-16 to wiek trudny. Burza hormonów, nikt nas nie rozumie, zwłaszcza rodzice, każdy się nas czepia – wiadomo. Bardzo łatwo zrobić coś głupiego. Wśród zamkniętej grupy łatwiej też o zachowania destrukcyjne, jak narkotyki, wczesna inicjacja seksualna, molestowanie, okaleczanie się, itp. Trzeba jakoś zaimponować. Nie mówię, że czynnik łagodzący w postaci młodszych dzieci jest tak znaczący, że uchroni gimnazjalistów przed byciem totalnymi przegrywami, ale z pewnością jakoś złagodzi skutki dojrzewania. Zwłaszcza że po reformie 16-latki pójdą już do liceum i będą miały do czynienia ze starszymi, którzy wiek oszalałych hormonów powoli zostawiają za sobą.

Cztery klasy zamiast trzech

Trzy lata to mało. W pierwszej klasie poznajemy otoczenie, w drugiej czujemy się jak u siebie, a w trzeciej powoli jesteśmy wywalani. Zmniejsza się poczucie bezpieczeństwa, bo co chwila zmienia się otoczenie. Nim odnajdziemy się w klasie i w grupie, już się z nią żegnamy. W wieku, gdy akceptacja rówieśnicza ma takie znaczenie, rozłąka z grupa jest dość ciężka. Dodajmy do tego zmieniający się co trzy lata komplet nauczycieli – na nieznany, z którym nie mieliśmy jeszcze do czynienia. Dodatkowy rok da nam jednak dodatkowe poczucie bezpieczeństwa.

Co z materiałem? Mamy niezłą wiedzę o człowieku starożytnym, o Termopilach, o średniowieczu, rozbiorach… W kwietniu w trzeciej klasie szybko gonimy drugą wojnę światową, bo „to może być na teście”. Po wojnie jest dziura. Nie wiemy, co działo się aż do teraz. To oczywiście „tylko i aż” historia, a przecież są jeszcze inne przedmioty, przy których czas nie pozwala nam na zrealizowanie całego materiału. Pomijane są ciekawe eksperymenty fizyczne, chemiczne, nauczanie praktyczne, bo zwyczajnie nie ma czasu. Może wydłużenie czasu do czterech lat zapobiegnie, choć w pewnym stopniu, takim sytuacjom?

Zdaję sobie sprawę, że kolejna reforma równa się kolejnym kosztom. Zapewne też ucierpią nauczyciele, zmuszeni do przekwalifikowania się i wdrożenia w inny system. Jako pedagog, domyślam się, że to nie zawsze będzie łatwe zadanie. Jestem przy tym zdania, że edukacja i zdrowie to te gałęzie, na których się nie oszczędza. Obywatel musi być po pierwsze zdrowy, po drugie, dobrze wyedukowany. Bez tego wszystko inne pada, bez względu na to, w jaki sposób prowadzimy gospodarkę, kto rządzi i jak rządzi. Dlatego też bez względu na koszta, strasznie cieszę się, że gimnazjów prawdopodobnie nie będzie. Oby na stałe.

Komentarze

komentarze