Jakiś czas temu, na jakiejś grupie sprzedażowej, pewna pani reklamowała swoje studio tatuażu. Reklama miała może ze dwa zdania, a błędów ortograficznych i stylistycznych wyliczyłam dużo więcej. Delikatnie zasugerowałam edycję, mówiąc że w ten sposób panna co najwyżej klientów odstraszy. Otrzymałam dużo mniej delikatną odpowiedź, żebym się „nie czepiała”. Również z błędem. Post został szybko usunięty, nie wiem czy przez admina czy też przez właścicielkę zakładu. Nawiasem mówiąc, zdjęcia tatuaży też nie zachęcały do odwiedzin.

Potem przypadkowo wpadłam na stronę „Janusze Tatuażu” na facebooku. Perełki typu „Tylko bóg morze mnie sondzić”, imię dziecka napisane bardzo dziwną czcionką albo po prostu nierówne oraz twarze z cieniowaniem typu „monster” skutecznie leczą tam wielu z chęci posiadania rysunku na skórze.

I wtedy zdałam sobie sprawę, dlaczego tatuaże kojarzą mi się raczej kiepsko.

 Wielu moich znajomych tatuaż posiada. Niestety, niewiele z nich może pochwalić się czymś dobrym i przemyślanym. Pamiętam do dziś tatuaż mojej koleżanki – piękny napis „Believe” na nadgarstku. Motyw niby oklepany, miejsce też takie sobie, ale rysunek był tak ładny i tak do niej pasował, że poważnie zazdrościłam jej takiej ozdoby. Większość niestety stanowią klucze wiolinowe, motylki, gwiazdki i ptaszki rozwalające się na chmurki, czyli ozdoby jednosezonowe, które najdalej za dwa lata się znudzą. Co wtedy?

Druga grupa, to najczęściej kobiety.

Również w wieku studenckim, ale raczej nie studiujące, za to tatuujące sobie imię dziecka. I tu niestety ciężko o oryginalność. Najczęściej kończy się tekstem „Vanessa, urodz.15.10.2014 <3” i trzeba się cieszyć, jeśli literki i cyferki są równe. Czy taki tatuaż to obciach? Osobiście uważam, że sam w sobie nie. Jeśli ktoś uważa, że jego dziecko to najcudowniejsza sprawa, jaka mu się trafiła i chce to napisać sobie na ramieniu (albo też boi się, że któregoś dnia zapomni jego daty urodzenia albo imienia), to tylko się cieszyć. Problem w tym, że tylko raz widziałam taki napis w dobrym stylu.

I na koniec tatuaże „spartolone”.

Miały być fajne, ale znajomi pożałowali pieniędzy na dobre studio i wyszedł im Bolek i Lolek wyglądający jak Rumcajs, orzeł wyglądający jak sroka, która właśnie uciekła kotu albo tygrys narysowany przez ośmiolatka. Coś, co chyba najbardziej odstrasza mnie od zrobienia sobie tatuażu. Bo jednak to, co na sobie nosimy, ma być naszą ozdobą. Tak, nawet kiedy będąc smarkulą marzyłam najpierw o ogoleniu sobie głowy, potem o dredach, wiedziałam, że ma mnie to w jakiś sposób zdobić. Niepełnosprawny tygrys zaś raczej nikogo nie zdobi. Istnieje sobie biedny na skórze i dopóki właściciel nie uzbiera na cover, który też nie zawsze się udaje, będzie z nim cały czas. Krótko mówiąc, przerąbane.

Rozwiązanie jest proste: nie żałować pieniędzy i nie ufać reklamie pantoflowej typu „Mój kolega robi świetne tatuaże, bardzo tanio!”, sprawdzić zdjęcia, tatuaże osób, które robiły sobie taki w danym zakładzie. No i przemyśleć, co się chce mieć.

I tu osobiście mam problem.

Nie ufam swojemu zmiennemu gustowi – skoro w ciągu ośmiu lat marzyły mi się dredy, goła glaca, niebieskie kudły, czarna garderoba, kolorowa garderoba, itd., raczej nie mogę posądzać się o to, że tatuaż, który podoba mi się dziś, spodoba mi się za dwa i cztery lata, a nawet później. Rozwiązaniem niby jest tatuaż permanentny. Tylko po co?

Rzecz jasna, rozumiem ludzi, którzy odczuwają przemożną chęć pokrycia sobie skóry różnymi rysunkami. Jeśli są dyskretne albo też właściciel nie boi się, że będzie miał problem w pracy, super sprawa. Bo przykro mi, nie uważam, żeby widoczny tatuaż nadawał się do każdej pracy. Jako kierownik banku, nie zatrudniłabym kogoś, komu spod rękawa wystaje narysowany Krecik. Ja bym nie zatrudniła, mam do tego prawo. Ktoś inny pewnie nie miałby nic przeciwko. I też fajnie.

Ja tatuażu sobie nie zrobię.

Ty rób jak chcesz. Tylko sprawdź dobrze wybrane studio.

Nie bądź Januszem tatuażu.

Komentarze

komentarze