Znacie może takie filmiki, które pokazują nam, jak łatwym kosztem coś naprawić, zbudować, zmienić w taki sposób, żeby służyło nam dłużej? Przyznam się szczerze, że strasznie lubię je oglądać, żeby zobaczyć, jak z niczego powstaje COŚ, na przykład stół ze starych palet. Bardzo ciekawa sprawa.

Naprawdę łatwo obejrzeć taki tutorial! Wystarczy dostęp do internetu, odpowiednie urządzenie i można ich obejrzeć kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt, jeśli czas pozwala. Gorzej z naśladownictwem. Bo z każdym kolejnym filmem rośnie w nas pożądanie w kierunku samodzielnie stworzonych rzeczy i ani się człowiek obejrzy, a już ma plan przystosować do zamieszkania nieco grubsze drzewo w lesie, zrobić ogrodzenie i dach z plastikowych butelek i żyć tak sobie, tworząc nową kolekcję odzieżową z liści i pajęczyny.

Pierwszy raz dopadło mnie jeszcze na studiach. Koleżanka pokazała mi, jak uszyć misia ze skarpetek. Łatwizna! Udałam się więc po skarpetki, watę i inne przybory. Po przyjściu od razu zaczęłam wycinanie, szycie… Oczywiście, tutorial tak mi się spodobał, że zapomniałam, iż szycia po prostu nie cierpię. Miś powstawał więc nie 2:39 minut w przyspieszeniu, a kilka dni, w których rzucałam w ścianę igłą, miałam ochotę sama wypchać się watą i w ogóle, było ciekawie. Miś powstał w walentynki. Dobrze, że walentynek w sumie nie obchodzimy, bo miś absolutnie nie przypominał misia z pokazywanki. Jest, rzecz jasna, jeszcze bardziej kochany. Co z tego, że odstaje mu głowa i cały jest jakiś tak dziwnie nierówny?

Kilka dni temu dopadło mnie znowu!

Córa ucząc się chodzić, strasznie ślizga się na rajstopach. Pierwsze rozwiązanie: zdjąć jej rajstopy. Ha! Sprytne, ale nie całkiem, bo jednak pora już jesienna i podłoga zimna. Rozwiązanie drugie: kupić jej rajstopy z ABS-ami. Od czego jednak tutoriale, które pokazały mi, że takie ABS-y mogę zrobić w domu?

1

Wzięłam więc klej na gorąco i wspomniane wyślizgane już rajstopy, po cichu gratulując sobie bycia najlepszą matką, która nie wydając fortuny na nowe rajtki, znajdzie sposób na niemowlęce problemy i wybaczając sobie dzięki temu po raz kolejny zalegający nieposprzątany kurz i górę naczyń do zmycia. Gdzie mi tam przyziemne sprawy, jak ja cuda tworzę?

2

Przynajmniej tak mi się wydawało. Klej zasechł, tworząc śliczne przezroczyste kropeczki. Kropeczki te… zdjął mąż. Jedną podważył palcem, drugą zębem. Dokładnie tak, jakby prawdopodobnie zrobiła to córa. Resztę kropeczek zdjęłam ja. Nie jestem maniaczką zdrowego odżywiania, dziecko nieraz na drugie śniadanie zje fafkulce spod kanapy. Głupio tak jednak faszerować je zaschniętym klejem.

Jeśli będę się jeszcze zachwycać jakimś tutorialem – przypomnijcie mi, że to nie dla mnie.

Komentarze

komentarze