Po mediach społecznościowych krąży wpis pewnej kobiety, która żali się że została zwolniona, gdy w firmie dowiedziano się o jej chorobie nowotworowej. Hipokryzja to niesamowita, bo firma chwali się swoimi działaniami profilaktycznymi i aktywnie wspiera walkę z kobiecymi nowotworami. Lud więc oburza się i podaje dalej historię, zaznajamiając z nią coraz więcej osób.

O sprawie zdążył już napisać skundlony plotkarski portal i być może jeszcze jakieś inne strony, których nie widziałam. Jak głosi jeden z fanpage’ów, „Kryzysy w social media wybuchają w weekendy”, ten więc również tak się zaczął. Niby pijarowcy wolnego raczej nie mają, jednak w sobotę i niedzielę działają pewnie wolniej. A post właśnie w sobotnie popołudnie się pojawił. Samo to troszkę zastanawia.

I nie, nie twierdzę, że historia jest na pewno zmyślona, tak jak dziś nie mam prawa twierdzić, że z pewnością jest prawdą. Wy również nie macie prawa tak twierdzić, a jednak wielu z Was powiela historię i przekazuje ją dalej. Lubimy przecież piętnować hipokryzję i doszukiwać się niesprawiedliwości społecznej. Chcemy zmieniać świat na lepsze i bardzo dobrze.

Czy jednak nie przesadziliśmy?

Pamiętacie opisywaną przeze mnie historię mamuśki, która uwierzyła synowi, że został skrzywdzony przez policję za znaczek neokomunistycznej partii? (KLIK! Zobacz, w co jest zdolna uwierzyć Twoja matka ) Tu również zaraz po opisaniu sytuacji udostępniano ją dalej. Ta historia miała dobre zakończenie, bo szybko udało się zdementować kłamstwo, a matka z synem została ośmieszona. Inne historie? Jest ich na pęczki. Kobieta sugerująca, że ginekolog, na którego proaborcyjne środowiska zaczęły toczyć medialną nagonkę źle ją potraktował i chciał by wbrew zaleceniom lekarskim rodziła naturalnie – również mnóstwo udostępnień od tłuszczy, mimo braku jakichkolwiek przecież dowodów. To że po raz kolejny został skrzywdzony człowiek, nikogo z nich nie obeszło.

Łatwo przychodzi nam wiara w takie historie, prawda? Nie, nie jestem bez winy. Do tej pory pamiętam, jak wspólnie z innymi rozkręcałam histerię, gdy dziecko z zespołem Downa nie zostało wpuszczone na plac zabaw. I nawet nie chodzi o to, że było inaczej, bo jak się okazało, było tak jak przedstawiła matka i rzeczywiście dziecko nie zostało wpuszczone. Wojna medialna przyniosła zresztą skutek. A że oburzałam się jeszcze zanim usłyszałam stanowisko firmy i zanim okazało się, że historia rzeczywiście jest prawdziwa? Co byłoby, gdyby po powiadomieniu przeze mnie i inne osoby swoich znajomych okazało się, że matka w rzeczywistości awanturowała się, a zespół chorobowy grał tu rolę trzeciorzędną? Kłamstwo zdąży obiec świat, zanim do prawdy przyjdą zamówione na allegro buty czy jakoś tak. Mogłabym napisać u siebie, prywatnie, że „przepraszam, chyba się pomyliłam”. Mogłabym też nie napisać, bo i po co? A że opinia firmie i człowiekowi już wyrobiona i ciężko ją zmienić? Oj tam.

Komu więc przyznać rację?

Nie chcę bronić tej firmy kosmetycznej. Absolutnie nie chcę, zwłaszcza że zwyczajnie za nią nie przepadam. Chciałabym wierzyć dziewczynie na tyle, by móc choćby w 90% przyznać jej rację. Nie znam jej jednak, podobnie jak nie zna jej większość z Was. Mam przed sobą jej emocjonalny post, który być może krzywdzi firmę kosmetyczną i oświadczenie firmy kosmetycznej, która być może krzywdziła kobietę.

Być może za chwilę dojdą nowe fakty i będę mogła z czystym sumieniem opowiedzieć się po jednej ze stron. Póki co, nauczona doświadczeniem, wstrzymuję się. To samo zalecam innym.

Komentarze

komentarze