Kilka lat temu w mediach pojawiła się kampania społeczna, stawiająca sobie za cel zmniejszenie liczby rozwodów w Polsce. Znamienne były słowa pojawiające się w niej: „Ślubuję Ci miłość i wierność. Oczywiście, dopóki się nie zestarzejesz…” I tu pojawiały się coraz bardziej błahe powody, z których małżonkowie w przyszłości swój węzeł małżeński zerwą.

Ciężko jest nam kochać bezwarunkowo. Odnoszę wrażenie, że coraz ciężej. Co pewien czas na popularnych plotkarskich portalach pojawia się zachęcający do wejścia w artykuł tytuł typu „Rozstali się, bo ona wyrzuciła grę komputerową”. Właściwie pojawiał się, bo dziś podobne powody do rozstania się stały się jakby częstsze. Nie to, że powszechne, ale częstsze. Nie naprawiamy, wolimy „kupić” coś innego. Nie podtrzymujemy. Na forach przy tematach dotyczących pretensji na swoich mężów czy żony coraz rzadziej pojawiają się porady „Spróbujcie terapii, porozmawiajcie ze sobą poważnie, poczekajcie, może to kwestia gorszych dni”. Za to coraz częściej słychać „Po co się męczysz? Tracisz na tym. Zostaw to, lepiej będzie Ci samemu. Niech sam uporządkuje swoje sprawy. Jak głupia, niech zostanie sama”.

Niepewność bycia ze sobą aż do naturalnej śmierci przekłada się na większy stres i niepewność jutra. Dotyczy to jednak nie tylko małżeństwa. Bezwarunkowa miłość dotyczy również naszych dzieci. Czy rzeczywiście kochamy je miłością bezwarunkową? Dziś niby modne jest rodzicielstwo bliskości – gdzie warunków jako takich się nie stawia. Co jeśli dziecko jako nastolatek ulegnie ciężkiemu wypadkowi? Nadal będziemy je kochać? Co jeśli nagle w wieku dwóch lat przestanie się rozwijać, mówić, a diagnozą po wielu wizytach w poradniach i u lekarzy będzie autyzm? Co z naszą miłością do dziecka? Co jeśli w czwartym miesiącu badania prenatalne wykażą, że nasze dziecko będzie żyło z chorobą genetyczną, chromosomową albo umrze niedługo po urodzeniu? Co wtedy z naszą miłością? Postawimy warunek? „Kocham Cię, ale tylko zdrowego”? Czy może zaczniemy usprawiedliwiać swoją nieumiejętność kochania słowami „I tak byś się męczył”. „Skoro masz umrzeć, to lepiej Cię dobić”. Czy to wszystko, na co stać dziś człowieka?

Co czują ewentualne starsze dzieci…

widząc, że ich rodzice nie mają zamiaru przyjąć na świat chorej siostry czy brata, a zamiast tego wolą go zabić? Czy zastanawiają się, co będzie z nimi, jeśli coś się stanie? Nie, nikt ich nie zabije, to przecież już niezgodne z prawem. Tylko czy będą nadal kochani? Czy staną się ciężarem? Jakie będzie ich życie, jeśli dorastają z myślą, że nic nie jest za darmo? Że nie ma miłości, która nie wymaga?

Przerażają mnie ubrane na czarno kobiety. Nie dlatego, że nie jest to marginalne zjawisko. Tym się nie przejmuję, wiedząc, że ponad pół miliona osób chce czegoś innego. Przerażają mnie dlatego, że obrazują one typowy brak miłości bezwarunkowej. Jeśli człowiek nie będzie dla mnie idealny, jeśli nie będzie takim człowiekiem, jakim chcę, żeby był – niech nie będzie go wcale. Bez względu na to czy jest to moja chora matka, którą nie mam zamiaru się zajmować, mąż,z którym ostatnio więcej się kłócę czy dziecko, które okazało się być chore. Przeraża mnie to, że nie widzą one związku z tym, co chcą przekazać swoim żyjącym już dzieciom. „Bo to przecież dla nich”.

Oczywiste, że nikt nie jest idealny i nikt nie jest zdolny do tego, by nie stawiać żadnych warunków. Czyż nie są one potrzebne, gdy mąż albo żona okazuje się być osobą agresywną? A przecież trzeba chronić siebie i dzieci. Czy w przypadku, gdy mieszkamy w cztery osoby na dwóch pokojach, pracujemy od rana do późnego popołudnia, nie jest rzeczywiście lepiej dać chorego rodzica do zakładu opiekuńczego i odwiedzać codziennie, choć na chwilkę? Czy mamy potępić matkę, która ze względu na brak warunków do wychowania oddaje dziecko do adopcji? Nie, nikt nikogo nie potępia, wręcz przeciwnie.

Tylko czy to nie zaszło za daleko?

Komentarze

komentarze