„Zadbałam o to, żebyście w poważnym i dojrzałym wieku nie byli, mówiąc potocznie „grubaskami” – oznajmiła nam, a właściwie dzieciom miłościwie panująca pani premier. Naród z radości zrobił „falę” i szczerze się ucieszył, gdyż dawno nie widział tak wspaniałych i dobrze wprowadzonych przepisów mających sprawić, że w końcu będziemy piękni, zdrowi i bogaci. Tak było? Niestety, nie.

A mogło przecież być dobrze. Ze sklepów mogły zniknąć niepotrzebne pogryzki, jak chipsy, dziwne kolorowe oranżadki, hot dogi, jeśli takie się pojawiły. Jasne że mogły, choć wolnościowcy i ten argument odrzucają jako totalitarne wtrącanie się w wychowanie dziecka. Z jednej strony można na to tak spojrzeć, z drugiej, przecież nikt w domu nikomu do talerza nie zagląda, a kilka godzin bez chipsów żadnemu dziecku jeszcze nie zaszkodziło. Niestety, z jakichś dziwnych powodów zabroniono w ogóle cukru i soli, które jak wiadomo, w nadmiarze szkodzą, ale odrobina nikomu raczej nie zaszkodzi, za to sprzedawane warzywa i owoce kontrolowane nie są. Mogą pochodzić z gospodarstwa ekologicznego, nie mieć na sobie mnóstwa oprysków i nawozów, a mogą wyglądać jak owoce z Biedronki i praktycznie nie mieć smaku, podobnie jak jajka w szkolnej stołówce nie muszą być „jedynkami” lub „zerówkami”.

Skąd taki błąd? Ano stąd, że pozbawianie społeczeństwa dodatkowych kilogramów zaczęto zupełnie nie od tej strony, od której zacząć się powinno. Do stołówki zawita więc chleb z utrwalaczami, jajka trójki, mleko UHT i pryskane warzywa. Nic, że to wszystko pozbawione jest wartości odżywczych albo wręcz szkodliwe – ważne, że dziecko nauczy się jeść bez soli i cukru. Żyć, nie umierać. Przy czym o zmienionych przepisach wiadomo było na krótko przed nowym rokiem szkolnym, gdy sklepiki szkolne i stołówki zdążyły się już nieraz zaopatrzyć w asortyment. I tak kilka dni przedtem pani sklepikarka z przerażeniem dowiadywała się, że pewne produkty będzie musiała po prostu zjeść sama.

Z drugiej strony, bawią mnie doniesienia o buntujących się przedsiębiorczych dzieciakach, dzięki którym w szkołach kwitnie handel drożdżówkami, pączkami i chipsami. Bardzo to ciekawe, zwłaszcza że w gimnazjum każdy potrafi już sobie po drodze sam kupić „zakazaną bułę”, a w liceum najczęściej można po nią po prostu wyjść w czasie długiej przerwy. Pozostaje podstawówka, a właściwie młodsze jej klasy, gdzie rodzice raczej sami kupują dzieciom przegryzki albo też robią je sami w domu. Gdzie i kiedy tu miejsce na przedsiębiorczość? Może gdzieś rzeczywiście, ale to chwilowa moda, która szybko przejdzie.

Wielkie to zmiany, jak widać. Nie da się ukryć, że i może trochę na lepsze, może i dobrze, że nasze małe dziecko nie będzie podczas każdej przerwy kuszone chipsami, a zamiast tego będzie miało alternatywę w postaci jogurtu. Z drugiej strony czy to wystarczy, by nie było grubaskiem? Chyba jednak nie.

Komentarze

komentarze