W tym roku rekrutacja na studia już dawno zakończona, „pierwszaczki” zdążyły już zorientować się, co studiują. Niektóre z nich wiedzą już nawet, że nie dadzą sobie rady albo że kierunek jednak wcale ich nie interesuje i gorączkowo zastanawiają się, co dalej.

Równolegle, ich o rok młodsi koledzy właśnie nerwowo wypełniają deklaracje dotyczące matur, rzęsiście oblewając je łzami, bo na ich ukochane budownictwo potrzebna jest fizyka, z której mają tróję, a jednocześnie myślą o psychologii, na którą potrzebują matury z biologii i WOS-u. Co więc zdawać, żeby zdać? Egzaminy wstępne już dawno odeszły do historii i mimo płaczu wielu środowisk akademickich nikt nie chce ich przywrócić.

Te osoby spotkają więc za rok pana z poprzedniego postu, który właśnie poszedł w dresie na pierwsze zajęcia z rzeźby i teraz dziwi się, że sztangi nigdzie nie widać, za to wszędzie dłuta leżą. Spotkają też sierotkę, która zdała maturę z WOS-u i geografii, bo koleżanki mówiły, że to najłatwiejsze i poskładała papiery na wszystko, na co mogła, od geografii po politologię. Koleżanki mówiły, że politologia łatwiejsza, więc poszła na politologię. Póki co, bardzo się boją i są wkurzeni, bo nowy system rekrutacyjny trochę ich krzywdzi. Dlaczego więc za rok wybiorą ten, a nie inny kierunek?

„Bo w sumie nie wiedzą, był do wyboru i wybrali”.

Pewien pasjonat swojego kierunku spytał się kiedyś podczas akademickiej imprezy zapoznawczej koleżanki z pierwszego roku, dlaczego akurat socjologia? Koleżanka wzruszyła ramionami i dała właśnie taką odpowiedź. Kolega zaś nie mógł tego przeżyć – jak, do jasnej anielki studiować coś, mając taką motywację? Ano, można. Historia skończyła się zresztą dobrze, bo koleżanka pod koniec drugiego, dobrze zdanego semestru razem z nim zdała sobie sprawę, że zainteresowała ją iberystyka i wybrała sobie ją jako drugi kierunek. Ambitnie pociągnęła dwa, a do tego miała szczęście i nie obudziła się na piątym roku z myślą, że chyba zmarnowała sobie trochę lata.

„Rodzice kazali”.

Owszem, i dziś takie zdanie można usłyszeć, zwłaszcza w rodzinach, gdzie dziecko ma do gadania tyle, co niedawno jeszcze niewolnik w USA. I tak naprzeciwko mnie w akademiku zamieszkał chłopak, który chciał iść na architekturę albo inne studia bardziej artystyczne – niestety, z upływem czasu zapomniałam, jakie. Poszedł na ekonomię, bo tato kazał. Potrafię trochę zrozumieć intencje ojca, w domu nie zawsze się przelewa, mała wieś w Polsce B, zapewne chce nieco lepszej przyszłości dla dziecka, a ten mu wyskakuje z jakąś architekturą. Co to w ogóle jest i po co? Jasne, ale nie lepiej w takim razie było wysłać chłopaka na zaoczne i do pracy albo wypracować jakiś kompromis?

Studiowanie kierunku, z którym nie jest się choć trochę związanym zainteresowaniami, to jak chodzić dzień w dzień do pracy, której się nie lubi. Można, ale przecież na tym etapie mamy jeszcze wybór. Wspomniany chłopak, na początku strasznie pozytywny, zakręcony, choć przyznam, czasem w nieco dziwny sposób po jakimś czasie kompletnie zgorzkniał. Ciężko było się z nim dogadać, nawet w kuchni, przy okazji robienia obiadu. Zapewne wpłynęły na to jeszcze inne czynniki, ale dziś myślę, że ten był jednym z decydujących. Ojciec miał, co chciał – przynajmniej było komu prowadzić księgowość w Pcimiu.

„Bo po tym będzie praca”.

Jasne, nie ma w takiej motywacji nic złego, o ile przy okazji choć trochę nas ten kierunek interesuje i nie obawiamy się, że za kilka lat będziemy przy dobrych wiatrach zarabiać powyżej średniej krajowej i ukrywać obgryzione z wściekłości i stresu paznokcie pod warstwą akrylu, a kaca pod warstwą pudru. Warto też przy takiej motywacji zrobić coś więcej, oprócz studiowania – może jakieś praktyki, koło naukowe albo staż na podobnym stanowisku?

Można też, jak mój sąsiad, zapaść w studia niczym w sen zimowy. I tak wracał on z zajęć, siadał i się uczył. Potem robił obiad i się uczył. Potem szedł spać, by rano… Tak, zgadliście! Pouczyć się trochę. Wiem, że są kierunki, na których taki tryb życia jest czymś normalnym, ale umówmy się, rachunkowość niekoniecznie do nich należy. Fakt, że średnią miał 5,0 i nagrody i stypendia i w ogóle – nie wiem, co z nimi robił, bo przecież z takim trybem życia pieniądze wydawał głównie na kserówki i czasem na jedzenie. Nawet ciuchów nie zdzierał, bo w drodze między uczelnią a akademikiem nie zdążyły się zniszczyć. Nie wiem też czy ma dziś pracę. Pewnie i ma. Ma też wspaniałe wspomnienia ze studiów – z perspektywy biurka. Szczerze mówiąc, gdyby nie to, że często bywałam u Jego współlokatora, możliwe, że nie kojarzyłabym go, mimo że mieszkał bardzo blisko mojego pokoju.

„Zdawałam z tego maturę”.

I tu mamy te wszystkie sierotki, które uznały, że maturę napiszą z geografii i historii, bo z tego mają akurat piątkę albo rozszerzenie w swojej klasie. Kolejną rzeczą jaką zrobiły było wypisanie sobie kierunków, na które mogą iść. Okazało się, że etnologia, geografia i krajoznawstwo to niekoniecznie to, co ich interesuje, a czas naglił, więc wylądowały na studiach bałtyckich. Te bardziej zdecydowane na filologii polskiej, bo na to liczył się wyłącznie język polski.

Czy sierotki można winić? I tak i nie. System rekrutacji, na który przeszliśmy sprawił, że przynajmniej na początku, gdy na studia zdawała moja skromna osoba, zdarzały się kierunki, gdzie wymagano matury z przedmiotu zupełnie niezwiązanego z kierunkiem. Nie wiem, jak jest teraz, może się to poprawiło, ale moim zdaniem, ten system sprzyja dziwnym sytuacjom i zwiększa ilość osób, które przynajmniej na początku o danym kierunku nie miały zielonego pojęcia.

Rzecz jasna, spotykamy również takie motywacje, jak „Mam to gdzieś, pracuję już, a studiuję, żeby mieć wyższe wykształcenie”, jak i również „Bo lubię ten kierunek, widzę się za kilka lat jako pani w Sanepidzie i zrobię wszystko, by nią być”. Spotykamy też pasjonatów, którzy na studiach stwierdzili, że jednak pasjonatami nie są. Zapewne zdań jest tyle, co ludzi, a kierunki studiów, na szczęście i zwłaszcza na początku, można zmieniać. I czasem warto.

Komentarze

komentarze