Czego nie potrzebujesz w wyprawce dla dziecka? To jakiś żart? Przyda się przecież wszystko! Ano, wiadomo że dla mającego pojawić się potomka można zgromadzić ze trzy pokoje gadżetów, ale ja nie o tym.

Jakiś czas temu mignęła mi informacja o dziewczynie w ciąży, która znalazła się w nieco cięższej sytuacji i potrzebowała pomocy. Tragicznie na szczęście nie było, dziewczyna miała gdzie mieszkać, jakieś pieniądze również posiadała. Wiemy natomiast albo możemy sobie wyobrazić, jak to jest, gdy zaraz ma się pojawić dziecko, a coś się ostro sypie w życiu. Kiedy zobaczyłam listę rzeczy, której jej brakowało, najpierw trochę mnie zatkało, potem jednak się opamiętałam. Dlaczego?

Okazało się, że lista zawierała spis rzeczy, które wcale nie były tak niezbędne. Niektórych i ja nie posiadałam, nie będąc przecież w trudnej sytuacji. Szybko jednak przypomniałam sobie siebie jeszcze sprzed czasów, gdy w domu głośno oznajmiał swą obecność berbeć i gdy zastanawiałam się, czego wciąż mi brak, by wyprawka była kompletna. Rany, czego ja nie wymyślałam! A wiecie, listy tworzone przez rozmaite firmy „berbeciowe”, które niby przypadkiem informowały, że ich produkt powinnam kupić tak między pampersami, a ubrankami dziecięcymi, wcale sprawy nie ułatwiały.

Pół biedy, jeśli można sobie pozwolić na błądzenie i wydanie niepotrzebnie kilku złociszy. Co jednak jeśli liczymy się z każdym groszem, a lista wygląda chaotycznie? Po kolei więc! Zebrałam kilka rzeczy, które często wymieniane są jako „must have”, a które nim nie są lub też być może się nie przydadzą.

Laktator

Poza wózkiem, chyba mało rzeczy wywołuje tak gorące dyskusje, jak właśnie laktator. Lepiej kupić ręczny, na który nas stać czy może sprzedać duszę i kupić dobry, elektroniczny? Poszukać używanego i liczyć się z tym, że będzie chodził jak znaleziony w piwnicy Grundig czy opchnąć męża na targu niewolników i kupić nowiuśki, dobrze działający?

Tymczasem, jeśli nie zamierzasz po porodzie szybko wracać do pracy albo znikać gdzieś na kilka godzin, bardzo możliwe że laktator po prostu się nie przyda. Warto odłożyć na niego kilka złotych, żeby nabyć w razie problemów z karmieniem, nie ma co jednak kupować na zapas.

Szumiący miś

Szumiące misie szturmem zdobyły serca młodych rodziców i biorąc pod uwagę te setki śpiących dzieci, nie widzę w tym nic dziwnego! Pamiętacie moje porównanie szumiących misiów (KLIK)? To, jak często tam wchodzicie, świadczy o tym, iż rzeczywiście niektórym ciężko wyobrazić sobie bez niego wyprawkę. To ciekawe, bo kiedy byłam w ciąży, miśki dopiero stawały się popularne, coś tam z innymi ciężarówkami nieśmiało bąkałyśmy, że może warto kupić, bo ułatwia zasypianie i w ogóle śliczny gadżet. Dziś widzę rozmowy ciężarnych i nie ma zmiłuj, szumiący miś musi być.

Pewnie więc wykopię sobie dołek, ale niekoniecznie musi. To znaczy, z pewnością będzie bardzo przydatny, my się bardzo z nim zaprzyjaźniliśmy, ale jeśli ograniczamy wyprawkę do minimum, niezbędny nie jest. Poza tym może będziesz szczęściarą i urodzi Ci się „low need baby”, które pierwsze miesiące życia prześpi albo spokojnie poleży bez płaczu? Tak, mi też ciężko w to uwierzyć, ale ludzie naprawdę mają takie dzieci.

Chusta

Jeszcze niedawno chustonosiły głównie maniaczki eko, zdrowego stylu życia i rodzicielstwa bliskości. Dziś wydaje się, że każda szanująca się matka w wyprawce ma chustę, a przed narodzinami dziecka ma za zadanie opanować pięć wiązań pod groźbą karnej oksytocyny na porodówce. Sama zresztą przyznam, że chusta ratowała mi życie, gdy dziecko na spacerze stwierdzało, że wózek nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej.

Większość dzieci jednak leży spokojnie w wózku, a w domu potrafi chwilę odkleić się od matki. Mało tego, są dzieci, które boją się chusty albo jej nie lubią. W dodatku nie jest tania, niższa półka cenowa zaczyna się jakoś od 130 zł. Wyższa praktycznie nie ma granic.

Tu zrobię małe zastrzeżenie! Znam osoby, które nie kupowały wózka, bo stwierdziły że im niepotrzebny, jako że dziecko chcą nosić wyłącznie w chuście. Jeśli nie masz (tak jak ja) dwóch lewych rąk i jesteś zwolenniczką noszenia dziecka cały czas przy sobie, takie podejście może nawet wyjść taniej, choć nie musi. O chuście piszę więcej TUTAJ, może ta opcja przypadnie Ci do gustu?

Ochraniacze na łóżko

Pewnie przeglądając grafiki z urządzonymi pokojami dla niemowląt widziałaś je przywiązane do łóżeczka i być może nawet tak wryły Ci się w pamięć, że nie wyobrażasz sobie legowiska dziecięcego bez materaca, pościeli i właśnie ochraniaczy? Zabawne, jak działa na nas reklama, nie? Bo prawda jest taka, że ochraniacz w pierwszych miesiącach życia dziecka jest zbędny, a może być wręcz szkodliwy, gdyż utrudnia cyrkulację powietrza i jest posądzany o zwiększenie ryzyka śmierci łóżeczkowej!

Poza tym noworodek najczęściej jednak nie wierci się tak, by ochraniacze były konieczne. Niemowlak również nie. Jeśli zacznie, zawsze można o taki się pokusić, ale on naprawdę pełni najczęściej funkcję dekoracyjną, podobnie jak baldachim będący kurzołapem.

Mleko modyfikowane

Oczywiście, jeśli wiesz że nie masz zamiaru karmić piersią, innej opcji raczej nie ma. Jeśli jednak nastawiasz się na karmienie naturalne, nie ma po co kupować pudła za kilkadziesiąt złotych „na wszelki wypadek”. Jeśli naprawdę się boisz, w Rossmannie można nabyć tanio jednorazowe saszetki.

Oczywiście, może się okazać że Twoje plany nie pokryją się z rzeczywistością i dziecko jednak tego mleka modyfikowanego będzie potrzebować. O ile jednak nie mieszkasz na głuchej wsi, gdzie do sklepu jedzie się dwa dni, zdążysz je kupić.

Monitor oddechu

I tu poczynię zastrzeżenie – jeśli ciąża była dla dziecka problemowa, maluch pojawił się na świecie za wcześnie, miał problemy z sercem, z oddechem albo też w domu pali się papierosy, uznaj moją radę za nieważną i zasięgnij rady lekarza.

Jeśli jednak masz zdrowe dziecko, monitor oddechu nie jest rzeczą najpotrzebniejszą. Pewnie niektórych bardziej panikujących rodziców uspokaja – ja nie miałam (o elektronicznej niani, często mylonej z monitorem oddechu, nawet nie wspomnę). I szczerze mówiąc, nie kojarzę żeby ktoś ze znajomych miał, choć pewnie jakbym się popytała, kilka osób by się znalazło. Czy spokój jest warty tych kilkuset złotych? Jeśli je masz, pewnie tak. Uprzedzam tylko – dziecko z początku często łóżeczka nie lubi i po prostu ładuje Ci się przemocą do wyra. Tak, mówię o noworodku.

 

Nie wspominam tu już o rzeszy drobiazgów, które kupujemy na „wszelki wypadek”. Rany, ile ja tego nie miałam! Nakładki laktacyjne w razie pogryzienia (dziś wiem, że niedobrane mogą zaburzyć laktację), butelki, smoczki, piętnaście kremów, z czego dziecko zużyło jeden. Inni kupowali jeszcze podgrzewacze do butelek, których nie używali oraz inne gadżety.

Wniosek jest taki: warto odłożyć kilka złotych na rzeczy, które mogą jednak okazać się potrzebne, jak laktator czy mleko modyfikowane. Bez innych się obejdziesz, choć może będzie nieco trudniej. Ja przyznam, że bez chusty i szumiącego misia byłoby trudniej. Z drugiej strony, gdybym musiała, przeżyłabym, tak jak przeżyły przede mną miliony innych matek.

Nie będę truć głosem kołcza, że „ograniczenia masz w głowie, a wyprawka może Cię wynieść grosze!”, bo tak nie jest i choć można zaoszczędzić, kupując ciuszki w ciuchlandach oraz nabywając tylko to, co rzeczywiście potrzebne, w kilkudziesięciu złotych raczej się nie zmieścisz. Tym bardziej warto przeanalizować listę i pomyśleć, czego nie potrzebujemy.

Jeszcze jedno – wiem, że dzieciatym wpis może wydać się zabawny. Po kolejnych rozmowach, gdy okazało się, że młode mamy naprawdę nie wiedzą, co mogą sobie podarować i gdy zdałam sobie sprawę, że i ja o tym nie wiedziałam, myślę że komuś może się przydać. Oby.

A może o czymś zapomniałam? Uzupełnisz?


Spodobało Ci się? Śledź mój profil na fb! 

Jestem również na instagramie i bloglovin 😉

Komentarze

komentarze