Kiedy spodziewamy się dziecka, najczęściej postępujemy w jeden z dwóch sposobów: albo kombinujemy, w jaki sposób minimalistycznie zorganizować wyprawkę albo też entuzjastycznie gromadzimy, co tylko może się nam przydać. Minimalizm wbrew pozorom nie musi oznaczać chudego portfela. Często ci, którzy na brak pieniędzy nie narzekają, po prostu wolą dokupić później to, co może im się nie przydać i co miałoby im zalegać na półce.

Podobnie „maksymalizm” nie zawsze oznacza, że ma się dużo pieniędzy do wydania, a czasem jest wręcz przeciwnie. Takie osoby często kupują to, co jest w większej promocji, żeby nie wydać potem, gdy będzie potrzebne na „już”, mnóstwa pieniędzy. Oprócz tego, odkupują lub dostają od znajomych i chętnie przyjmują rzeczy „na wszelki wypadek”. Jeśli jest coś, co nie przydaje się w wyprawce albo przydaje się niekoniecznie, i tak chętnie to zakupią – a co jeśli akurat ich dziecko będzie potrzebować?

Wydaje mi się jednak, że nawet minimaliści mogą, gdy berbeć zejdzie już z przewijaka i potupta na własnych nogach, a nawet zacznie wydawać z siebie śmieszne imitacje pierwszych słów, stwierdzić że nie wszystko im się przydało. Ja minimalistką nie jestem, uwielbiam „nawszelkiwypadki”, toteż mogę pochwalić się, co takiego wywaliłam, przekazałam dalej, zostawiłam dla kolejnych ewentualnych – po prostu nie wykorzystałam. Zacznijmy wyliczanie!

Butelka

Kiedy zaczęłam spisywać niezbędne rzeczy do dzieciowej wyprawki, butelka była oczywistą oczywistością. Mama miała butelkę, babcia miała butelkę, znajome miały – będę mieć i ja. Zwłaszcza że nie byłam jakoś specjalnie ukierunkowana na karmienie naturalne. Stwierdziłam, że będę się cieszyć jeśli się uda, ale katować się nie będę. A poza tym, trzeba mieć jakiś plan zastępczy, w razie gdy matka wyjdzie, a ojciec będzie zmuszony do zajęcia się dzieckiem.

Butelka zresztą jest chętnie rozdawanym gadżetem na różnych ciążowych targach, szkołach rodzenia i innych zlotach bab pękatych, miałam więc chyba ze trzy egzemplarze, w tym dwa za kompletną darmochę. Uzbrojona w wiedzę o tym, jak to maluchy lubią odrzucać przeróżne kształty butli, cieszyłam się nawet że tyle ich mam.

Urodziłam cycocholiczkę. Butla? Cokolwiek innego? Nawet nie próbowałam, zwłaszcza że w międzyczasie dowiedziałam się o tym, że ewentualne dokarmianie, gdy matki nie ma, lepiej odbyć za pomocą strzykawki a w późniejszym czasie małego kubeczka. Zresztą, silikon? I tu dochodzimy do kolejnego punktu.

Smoczek

Czyli właśnie silikon, guma, tyle że bez dołączonego plastiku w postaci butelki. Cudowny zapychacz, dzięki któremu dzieci przez chwilę się nie drą i dają matce odpocząć! Cud nad cuda. Gadżet chyba najmocniej kojarzący się z pachnącym niemowlęciem. Miałam ich kilka (smoczków, nie niemowlaków!), jako że znajomi lubili je przy okazji odwiedzin kupować przyszłej matce. Wprawdzie dowiedziałam się później, że i one mogą powodować spore problemy z laktacją, ale przy wiecznie wiszącym na szyi dziecku była to sprawa naprawdę drugorzędna.

Cycocholiczka o cudownych właściwościach silikonu miała jednak nieco inne zdanie. Nie przekonywało jej to, że mieląc coś w buzi, będzie miała zajęcie, nie będzie się nudzić i w ogóle, że to fajna sprawa. Nie przekonywało jej też to, że jej koledzy i koleżanki, którzy urodzili się mniej więcej w tym samym czasie, leżeli właśnie z silikonem w gębie i nie grymasili.

Właściwie sprawa wyglądała tak, że dziecko silikon wypluwało z rozbawieniem. Prędzej w buzi lądowały grzechotki, materiałowe książeczki i inne artefakty. Bywa i tak.

Osłonki laktacyjne

„Jak to nie będziesz potrzebować?! Córka szwagra brata Zdzisia też mówiła, że nie będzie potrzebować, a potem leciała w te pędy do sklepu, bo brodawki jej pękały. Lepiej mieć, niż nie mieć!”. Co ja się będę nie słuchać, jak doświadczenia nie mam? Kupiłam.

Znalazłam je jakoś przy okazji przeprowadzki, zakurzone. W międzyczasie dowiedziałam się, że również mogą poważnie zaburzyć laktację i powinny być dobierane razem z doradcą (same pułapki na tę biedną laktację czyhają!). Na szczęście się nie przydały. Pewnie następnym razem nie kupię, bo po co, skoro większość kobiet jednak się bez nich obchodzi? A wtedy gryząc palce z bólu, będę musiała wysłać po nie męża. W końcu ironia losu zdarza się u mnie często.

Rożek

Widziałam go w każdym możliwym zestawieniu wyprawkowym. Również w szpitalu niby był obowiązkowy. Na pytanie dlaczego, każdy zdziwiony odpowiadał, że przecież dziecko lubi być ściśnięte, poza tym w rożku jest cieplutko. Ma więc tam wszystko, co potrzebne do szczęścia. A że szczęście mego dziecka drogie mi jest, nabyłam i rożek.

I tylko się zdenerwowałam. Młoda nie wiem jakim cudem, bo przecież miała tylko kilka dni, za każdym razem jakoś te łapska z rożka wyciągała. W ogóle, wykopywała się z niego niemiłosiernie, tak że z uroczego burrito stawała się rozwaloną tortillą, której groziło wypadnięcie nadzienia dołem i bokami. A ponieważ od początku był to typ „chłodkolubny”, odnosiłam wrażenie, że w rożku jest jej po prostu za gorąco. Po trzech próbach zrezygnowałam i owijałam lekko w rulonik kocykiem. W przyszłości pewnie kupię jakiś otulacz, z którego wyjęcie rąk będzie nieco mniej możliwe.

Pieluchy flanelowe

Krótka piłka: miało być kilkanaście tetrowych i przynajmniej dwie delikatne flanelki. Po co? Takie pieluchy spełniają właściwie przynajmniej kilkadziesiąt ról: są dobre jako podkład do przewijania, podkładka do ulewania, do położenia na tapczanie, u kogoś obcego, jako mata antypoślizgowa do wanienki… Nie wiązały mężowi krawatu i nie wstawiały prania. Nie wiem czy przypadkiem naczyń kiedyś u mnie nie zmyły.

Uwierzycie, że do tego wszystkiego starczyło mi dziewięć tetrówek? Z taką ilością zawsze miałam jakiś zapas w szafie, a reszta była w użyciu lub w praniu. Pieluch flanelowych praktycznie nie używałam – tetra jest świetnym wynalazkiem. Miękka (chyba że stara) i chłonna. Z flanelą jakoś mniej się polubiłam, no i właściwie nie było kiedy jej używać. Być może przy większych problemach z ulewaniem przydaje się mieć ich więcej.

Wózek 3 w 1

Teoretycznie oszczędność pieniędzy, bo ma się wszystko w niewiele wyższej cenie, niż jeden produkt. Praktycznie? Ciężko o dobry produkt 3 w 1. Wtedy jednak o tym nie wiedziałam. Kupiliśmy zadowoleni, że udało się i mamy wszystko za jednym zamachem, no i chodzić nie musimy.

Dziś chyba kupiłabym osobno gondolę i spacerówkę, zwłaszcza że ta od wózka 3 w 1 najczęściej jest strasznie toporna. A że córa siadała późno, właściwie zaraz po zmianie na spacerówkę i tak kupowaliśmy jej wózek typu „parasolka”. Tym, którzy dbają o bezpieczeństwo w samochodzie, dodam że takie wózki ponoć mają słabe foteliki w ofercie.

Pościel niemowlęca

Może zacznę od tego, że w wyliczance powinno znaleźć się łóżko niemowlęce. A to dlatego, że szkrab odłożony tam, praktycznie od razu się budził. Jeśli przespał godzinę, mogłam pić szampana. Mając na uwadze swoje zdrowie, nadwerężone niedospaniem z odkładania, po prostu zamontowałam dziecia na stałe u siebie. Potem poczytałam o coosleepingu i usprawiedliwiłam się po tym, jak pediatra próbował wmówić, że powinnam odkładać, dopóki nie powieszę się ze zmęczenia, inaczej skończy się na wspólnym zasypianiu podczas omawiania świeżo napisanych egzaminów maturalnych „maluszka”.

Łóżko w wyliczance się nie znalazło, bo później służyło jako kojec. Nie na długo co prawda, ale po jakimś czasie (wcale niekrótkim) Młoda potrafiła się tam chwilę pobawić sama. Co nam się jednak nie przydało, to pościel niemowlęca do łóżeczka. To znaczy, owszem, pewne jej elementy wylądowały w moim łóżku, ale góra poszewek, prześcieradełek i innych leżała przez cały okres niemowlęcy nietknięta.

Wkładka do wanienki

Przyznam, że od początku nieco mnie dziwiła, a to dlatego, że była gąbką. Zastanawiałam się czy to wygodne, jakie jest w dotyku dla dziecka, czy higieniczne. A potem odłożyłam na bok i nie używałam. I słusznie, bo jak później wyczytałam, łatwo tu o jakieś dziwne bakcyle. Wystarczyła mi tetra. Wkładki nie polecam.

Nie twierdzę, że Tobie nie przyda się żadna z tych rzeczy, zwłaszcza że wiele z nich jest przedmiotami wręcz codziennego użytku przy większości niemowlaków. Większość z nich jest jednak uważana za wręcz niezbędne. Jak widać, niekoniecznie, a przynajmniej nie dla wszystkich. Czasem warto zastosować nieco inne rozwiązania, nie mówiąc już o tych, co mają więcej niż jedno dziecko i u których każdy maluch potrzebował zupełnie czegoś innego.

Przypominam również listę tego, co nie przydaje się w wyprawce albo przydaje się niekoniecznie i można potem dokupić (KLIK!) Jak widać, różni się ona od mojej, nieco bardziej subiektywnej. I nic dziwnego – będąc w ciąży, za Chiny i Koreę nie pomyślałabym, że obędę się bez rożka. O łóżeczku nie wspomnę.

A co nie przydało się Tobie?


Zachęcam również do śledzenia fanpage’a Rozkminy Tiny!
Jestem też na instagramie i bloglovin’ 😉

Komentarze

komentarze