Jestem przeciwniczką mnożenia kont na rozmaitych portalach społecznościowych. Może przez to, że jestem już stara i za moich czasów wszyscy siedzieliśmy na gronie, a następnie na naszej klasie. Kogo tam nie było, ten nie był nigdzie, ewentualnie przemknął czasem (frajer) w realnym świecie.

Potem pojawił się facebook, a za nim różne inne „podróby”. Niektóre z nich zresztą bardzo nieudolnie go naśladujące, niczym perfum „Brawo Burani” w kioskowej witrynie, który za 7,50 obiecuje Ci, że na półce w Twojej łazience będzie zachowywać się niczym najbardziej oryginalny Bruno Banani. Obecnie mamy zatrzęsienie różnych „społecznościówek”, a wśród nich instagram, który z tego co obserwuję, ma chyba największą szansę na popularność równą facebookowi.

Oj, gardziłam ja instagramem. Przede wszystkim, nigdy nie podobała mi się idea fotoblogów. Wrzucać piętnaście zdjęć jednego drzewka, jak to robiły koleżanki w liceum? Tylko po co? Po co obraz, skoro można coś napisać? Cofamy się do pisma obrazkowego? Potem instagram zaczął kojarzyć się z selfikami, „rękoryjami”, „dzióbkami” i innymi dziwnymi zdjęciami, gdzie może w tle jest nawet kawałek Kremla, ale ledwo go widać, bo przesłania go czyjaś średnio ładna twarz.

A jednak, przy okazji ogarniania mediów społecznościowych, zalogowałam się na instagrama. I okazało się, że nie taki diabeł straszny! Jeśli odpowiednio dobierzemy sobie treści, możemy na swojej tablicy mieć naprawdę ciekawe zdjęcia! Co więc zachwyciło mnie?

1. Jedzenie

Tak! Na instagramie jest mnóstwo jedzenia i ono wręcz czasem pachnie, tak jest cudowne. Kiedy założyłam tam konto, powiedziałam mężowi, że nareszcie będę mogła legalnie i w wyznaczonym celu robić zdjęcia mojemu jedzeniu i tak też się stało. Możecie teraz popatrzeć na mnie z góry, ze wstydem i litością, ale uwielbiam pokazywanie ludziom, co za chwilę trafi do mojego żołądka, jak i również chcę wiedzieć, co trafia do żołądków innych. A jak jakaś dobra dusza zechce w opisie umieścić w miarę łatwe przepisy… Dodaję do obserwowanych bez zająknięcia.

2. Artystyczne zdjęcia

I chodzi tu zarówno o te wykonane aparatem za miliony monet, jak i zrobione telefonem-kalkulatorem przez człowieka, który ma pewną rękę i wyczucie chwili. Żeby było jasne, na fotografii znam się tak, jak większość z Was na pchnięciu kulą. Wiecie, każdy z nas by tę kulę jakoś pchnął, a że wylądowałaby ona tuż przed nami… Zdjęcia zrobione przeze mnie to te, na których są dziwne puste placki, rozmazane przestrzenie i ucięte głowy.

Tym bardziej lubię patrzeć na robotę ludzi, którzy potrafią to lepiej – zarówno tych, którzy drogim aparatem wykonają świetne jakościowo zdjęcie, jak i osób, które bawiąc się filtrami, cieniem oraz chwilą sprawiają, że słaba jakość wygląda ujmująco.

3. Hasztagi

Mam ochotę popatrzeć na wspomniane jedzenie? Wrzucam hasztag „foodporn” i moim oczom ukazuje się morze jedzenia z różnych stron świata! Baklawa, burgery, arbuzy, lody, pismaniye… A może chcę popatrzeć na dobrze wykonane paznokcie lub fryzury? Odpowiednim hasztagiem złapiesz wszystko!

I tak, instagram ma swoje ogromne minusy. Zalew okropnie brzydkich zdjęć, selfików, karyn, które po zebraniu kilkunastu obserwatorów żebrzą po firmach o „współpracę”, artystów ze spalonego teatru, porąbanych maniaków fotografujących każde napotkane jedzenie ( To ja! To naprawdę ja!) i innych. A jednak dziś, po jakichś dwóch miesiącach siedzenia tam bilans wypada na plus i to nie tylko z powodu jedzenia. Po prostu, zamykanie chwili w ładnym obrazku jest czymś, czego trudno nie lubić!

Zapraszam więc na mojego instagrama (KLIK!) – chętnie też obejrzę Wasze! Pochwalicie się w komentarzu? 😉

Komentarze

komentarze