Wyznaję zasadę minimalizmu, choć nie wiedzieć czemu, moi bliscy nazywają to po prostu skąpstwem. Gdy więc zaszłam w ciążę, ani razu nie pomyślałam, żeby do wyprawki dla dziecka dorzucić chustę. Owszem, wózek, mnóstwo, a nawet jeszcze więcej ubrań i kilka innych dupereli, również takich „na wszelki wypadek”. Ale chusta?

Chustę noszą matki z komplikacjami po pieluszkowym zapaleniu mózgu! Wiadomo, są i takie, dowiadują się, że są w ciąży i mimo że pół życia na obiad jarały trawę, popijając zupką chińską, a do domu nie dało się wejść, taki był bałagan, nagle doznały iluminacji. Z dwiema kreskami dom zmienił nagle barwy na pastelowe, pojawiły się cotton ballsy, drewniane łóżeczko, potem tylko i wyłącznie eko grzechotki z drewna bukowego ze szczytu w Alpach, gdzie nawet wiewiórki nie zanieczyszczają powietrza. Po porodzie lotosowym przyszedł czas na noszenie we wspomnianej już chuście i karmienie eko warzywami z ogródka w Bieszczadach, do którego trzeba pokonać dwa dni piechotą. Następnie już tylko rodzicielstwo bliskości do 40 roku życia.

A potem pojawiła się córa. I okazało się, że nie ma zamiaru spać 18 godzin na dobę w swoim łóżeczku, pozostawiona sama sobie uprawia wrzasking stosowany i wymaga noszenia. Poza domem również nie chciała zbyt długo leżeć w wózku. Do tej pory nie zawsze chce. I tu zaczęłam się zastanawiać czy chusta nie jest przypadkiem całkiem ciekawym pomysłem, dzięki któremu będę mogła cokolwiek zrobić w domu i wyjść z dzieckiem.

Muszę przyznać, że niespecjalnie trafiała do mnie opcja zapłacenia milionów monet za kawałek materiału. Przełamałam się jednak i po wyszukaniu informacji, gdzie najlepiej, najtaniej i czy na pewno się nauczę motać, zakupiłam.

Czy musi być drogo?

Tanio niestety nie jest. Oczywiście, można znaleźć chusty za kilkadziesiąt złotych, ale są one najczęściej tkane splotem prostym (tzw. pościelówy), który ciężko się dociąga i zawija, za to takie wiązanie bardzo szybko się luzuje. Owszem, czytałam, że ktoś bardziej doświadczony swoje dziecko nawet w pareo plażowe zawijał, ale początek z pościelówą może bardzo zrazić.

Na szczęście nie trzeba od razu żegnać się z wypłatą. Widziałam co prawda chusty, które kosztowały więcej, niż minimalna krajowa, ale taniego „pasiaka” rozmiaru 4,6 (przy średnich gabarytach najlepiej kupić taki. Jeśli jest się niższą chudziną, lepszy będzie 4,2 m. ) da się kupić za 150 zł, a i za nieco mniej, jeśli trochę poszperamy za okazją.

Czy wiązania są trudne?

I tak i nie. Są wiązania, przy których przydadzą się dobrze wyćwiczone pozycje jogi i kamasutry oraz harcerska nauka wiązania supłów. Te prostsze jednak wymagają na początku 2-3 dni ćwiczeń, a bardziej zręcznym babom ze spokojnym berbeciem nawet kilka godzin. Mi zapakowanie się w najpopularniejszą chyba „kieszonkę” zajęło kilka dni, ale ja mam wiecznie wierzgające dziecko i dwie lewe ręce.

Jeśli mamy takie możliwości finansowe albo też wiemy, że „chustować” będziemy często, zapewne nie skończy się na jednym „wkładzie” do chusty, a i chust będziemy mieli więcej, warto umówić się z doradcą. Jeśli nie mieszkamy na końcu świata, gdzie psy szczekają tylnym otworem ciała, bardzo możliwe, że w naszym mieście organizowane są, przynajmniej od czasu do czasu, warsztaty chustonoszenia, gdzie można przećwiczyć te trudniejsze wiązania i udoskonalić łatwiejsze.

baby-314335_640

Jaką chustę kupić?

Na początek, gdy przeraża nas wiązanie czegokolwiek innego od sznurowadeł, najlepszy będzie zwykły bawełniany „pasiak”, czyli chusta w paski, dzięki którym łatwiej ogarnąć, która poła materiału gdzie jest i dlaczego. Wierzcie, to na początku potrafi być naprawdę trudne. Ja, póki co, przy bawełnianym pasiaczku pozostałam, ale są i takie, które złapawszy bakcyla, kupują coraz to lepsze wzory, w dodatku z domieszkami lnu, bambusa i innych. Ba, stosy chust, jakie widziałam u niektórych chustoświrek, osiągały równowartość dobrego używanego samochodu!

Gdzie kupić? Względnie tanie i dobrej jakości złapiemy choćby w Little Frog, Lenny Lamb i Natibaby. Osobiście polecam ten pierwszy sklep, ja nabyłam tam piękną zielono – niebieską miękką chustę. Wiele firm ma outlety internetowe, w których możemy zdobyć ją jeszcze taniej. Dobrą opcją jest też kupienie używanej, zwłaszcza jeśli chcemy nabyć nieco grubszą, która po kupnie ze sklepu jest dość sztywna i trzeba ją ponosić, żeby była miękka. Uprzedzam jednak od razu, że używana w tym momencie nie znaczy tańsza, a bywa i trochę droższa.

Da się w tym posprzątać chatę?

Gdy kupowałam chustę, naczytałam się radosnego piania matek, które w chuście w końcu zaorały pole, wynalazły rad i polon, wydziergały torebkę i posprzątały cały dom. I tak, z dzieckiem w chuście łatwiej ogarnąć nieco drobniejsze sprawy, zdjąć pranie z linek, itp. Zapewne da się więcej, jeśli umiemy wiązać dziecko z tyłu. Ja niestety nie ogarnęłam tej trudnej sztuki, więc niestety, mimo chusty, w domu wciąż brud, smród i malaria.

Co zabawne, chusta na początku używana była głównie na spacery. Motałam Młodą i szłyśmy sobie gdzieś niedaleko domu. Teraz, gdy sięgam po chustę, Młoda automatycznie wiąże to z pójściem na spacer, a gdy wracamy, nie chce już w niej siedzieć. Tak więc, przez podły behawioryzm, sprzątanie i domowe uspokajanie w chuście musiałam zarzucić.

Czy rzeczywiście córa się uspokoiła?

Tak, choć nie od razu. Z początku chusty wcale nie polubiła, zwłaszcza że i moje umiejętności wiązania były, delikatnie mówiąc, mizerne. Perspektywa płacenia za doradcę niespecjalnie mnie zachwycała, a w mojej mieścinie niestety warsztatów wiązania nie ma. Zdałam się więc na siebie i moje dwie lewe ręce. Najpierw ćwiczyłam na hipopotamie… To znaczy, na mojej nieco większej maskotce. Potem na córze, która jako bardzo ruchliwe dziecko, niespecjalnie ułatwiała mi naukę.

Im wiązania były lepsze, córa chętniej przebywała w chuście, która nieraz ratowała nam życie, gdy Młoda zaczynała protestować w wózku, nieco dalej od domu. Obecnie osiąga bardzo ciekawy stan „tumiwisizmu” i rozluźnienia, którego poza chustą u niej nie zauważam. Chusta więc spełniła swoje zadanie.

Czy warto uwzględniać chustę w swojej wyprawce?

Z chustą jest trochę tak, jak z laktatorem. Być może bardzo nam się przyda, ale nie musi. Są dzieci, które chusty nie lubią, za to bardzo dobrze czują się w wózku, na podłodze, macie edukacyjnej i nie trzeba ich ciągle nosić. Być może jednak, jak i w moim przypadku, okaże się ona świetnym rozwiązaniem i warto będzie wziąć ją pod uwagę, bo co prawda, nie jest to „must have” i w przeciwieństwie do pampersów i ubranek, bez chusty da się przeżyć okres niemowlęcy. Nie da się jednak ukryć, że nieraz takie „przeżycie” jest dużo trudniejsze.

I tu ostrzegam: z tego co obserwuję, jeśli już chustę kupimy, często na jednej się nie kończy. Mamy pasiaka, dziecko rośnie, szukamy więc grubszej, ładniejszej, odkładamy pieniądze na kolejną, mąż robi wielkie oczy, kiedy widzi cenę… I kończymy z kilkoma chustami dobranymi pod kolor bluzek. Ba, widziałam wyznania matek, które twierdziły, że gdy podrosło im jedno dziecko, tak im brakowało „chustonoszenia”, że zaczęły starać się o kolejne.

Może więc, zamiast pińćset, dotować chusty?

Komentarze

komentarze