Gdzie te czasy, gdy wracałam ze szkoły, rzucałam plecak i w ramach odpoczynku włączałam sobie losowo wybrany program? Dla mnie minęły jakieś dziesięć lat temu i to nie tylko dlatego, że do szkoły już nie chodzę.

W ostatniej klasie liceum przeprowadziłam się któryś już z kolei raz. Zaczęłam przygotowywać się do matury, do liceum miałam dużo dalej, niż przedtem, więc nawet nie pamiętam czy mieliśmy wtedy telewizję kablową czy przepisowe cztery pierwsze kanały. Nie pamiętam, bo zwyczajnie nie miałam czasu ich oglądać. Po roku przeprowadziłam się po raz kolejny, do miasta gdzie studiowałam. W akademiku była tak zwana „telewizornia”, najczęściej okupowana przez fanki „M jak Miłość” i fanów sportu w różnym wydaniu. Wcale nie było łatwo się tam dostać, toteż najczęściej odpuszczałam. Zwłaszcza że miałam co robić i najczęściej na telewizję po prostu nie było czasu. W pokojach rzadko kto miał odbiornik, bo studenci woleli zainwestować w lepszego laptopa.

W międzyczasie normalni ludzie żyjący w „cywilizowanych warunkach”, czyli ci pracujący, nie żerujący na stypendiach i zniżkach studenckich, zamieniali pudła w kształcie sześcianu na podobno lepsze, płaskie, za to większe telewizory. Taki też zastałam po jednym z wakacyjnych powrotów do domu. Posiadał on, z tego co kojarzę, trzy piloty – jednym z nich uruchamiało się dekoder, drugim kanały, trzecim chyba coś jeszcze, żeby działał. Do dziś więc nie potrafię tego obsłużyć, potrafił to jednak mój kilkuletni brat, więc to chyba nie kwestia zaawansowanej techniki. Chyba…

Dziś telewizora nie posiadam i zupełnie nie odczuwam jego braku. Byłby to zresztą głównie kurzołap. Czy dzięki temu nic mi ani innym ludziom nie pożera czasu? Czy mam go więcej? Czy brak telewizora to dziś powód do dumy?

Czy myślę bardziej samodzielnie?

Uściślijmy: coraz częściej wywalamy telewizory i wcale nie śpieszy nam się, by kupić kolejny, ale mamy przecież coraz nowocześniejsze laptopy, a nawet tablety i smartfony z opcją wykupienia poszczególnych kanałów, odblokowania konkretnych programów, które nas interesują, nie wspominając już o darmowych stronach, gdzie legalnie można obejrzeć niektóre programy po premierze. Sami więc w pewnym stopniu mamy wybór, co chcemy oglądać i w jakim momencie. Praktycznie wygląda to tak, że albo rzeczywiście poważnie traktujemy ten wybór albo też toniemy na kilka godzin w śmiesznych filmikach, stającymi się powoli odpowiednikiem „M jak Miłość” i „Plebanii”.

Więcej czasu? Najczęściej osoby ze skłonnością do jego marnowania i tak będą go marnować – jeśli nie gapiąc się w telewizor, to siedząc przy grze, twitterze/facebooku/instagramie, przeglądając kwejki albo też inne strony. Jeśli jeden ze sposobów marnowania czasu przestaje być modny, możemy być pewni, że to dlatego, że do użytku weszły już inne.

W telewizji najczęściej mamy kanały, w których zachwalana jest jedna opcja polityczna, jedyna słuszna droga wyboru i sposobu myślenia, o czym nieraz mogliśmy się przekonać przy okazji wydarzeń szeroko oprotestowanych w realu, na rynkach miast, a wychwalanych w mediach. Znajoma w wieku pięćdziesięciu lat żaliła mi się niedawno, że jej koleżanki w większości głosują na jednego kandydata na prezydenta,. Dlaczego? Bo tylko o nim mówią w telewizji i tak naprawdę to innych prawie nie przedstawiają, a jeśli nawet, to krótko i nie na temat. Na ile jest to prawdą, nie wiem, bo przecież nie oglądam telewizji.

Brak telewizora w czymś pomaga?

Jednak ciężej jest kształtować w odpowiedni sposób myślenie człowieka, jeśli coraz większą popularność zdobywają niezależne portale, zarówno lewicowe, jak i prawicowe, a każdy ma prawo wypowiedzieć się, choćby w komentarzach pod artykułem, na portalu społecznościowym. Przy czym bardzo łatwo jest „zafiksować się” i dobierać sobie treści zgodnie z wyznawaną przez siebie opcją widzenia świata, nie chcąc nawet widzieć zdania drugiej strony, nie można więc chyba, póki co, mówić, że internet uwolnił myślenie, zwłaszcza że i portale społecznościowe często obkładają cenzurą zdanie niekoniecznie chamskie, a najwyżej niepoprawne politycznie.

    Czy więc mogę z dumą oznajmić, że nie mam telewizora w domu, więc nie marnuję czasu na kanapie, oszczędzam na abonamencie i myślę samodzielnie? A może powinnam raczej podsumować, że natura próżni nie lubi?

Komentarze

komentarze