Nie będę kłamać – nie jestem kobietą, która biega po kosmetyczkach i wychwytuje kolejne nowinki, co to je można w siebie wklepać/wstrzyknąć/wcisnąć/owinąć się nimi. To znaczy, nie żebym nie lubiła albo gardziła taką formą rozrywki! Co to to nie.

Po prostu, jeśli wziąć coś na kształt uproszczonej piramidy Maslowa, gdzie na dole są rzeczy, które zrobić trzeba (zjeść, nakarmić dziecko, napisać tekst na bloga), wyżej te, które zrobić się powinno (spać, zaspokoić inne potrzeby dziecka, umyć się), dalej coraz mniej ważne, ale te które robić lubię, to latanie po kosmetyczkach i fryzjerach jest mniej więcej pod koniec czynności, które naprawdę lubię. A więc: cieszą mnie, ale najczęściej nie mam już na nie zupełnie czasu.

I przyznam że na See Bloggers (KLIK!), gdzie strefa kosmetyczna była dość rozwinięta, nawet troszkę zazdrościłam blogerkom kosmetycznym tej pasji – chęci poznawania kolejnych smarowideł, urządzeń które sprawdzą stan Twojego włosa, zęba, konta w banku i reszty części ciała. Z jednej strony zazdrościłam, z drugiej wolałam stoisko, na którym można było skomponować sobie herbatę, więc może zazdrościłam jednak nie tak mocno. Albo też herbata po prostu nie ma sobie równych.

A jednak piszę dziś o urodzie. Trzeba mnie usprawiedliwić, bo oto na regionalnym portalu trafiłam przypadkiem na ciekawy zabieg, ponoć modny tej jesieni.

Botoks rzęs

Zamknij proszę oczy i pomyśl, co Ci się z takim zabiegiem kojarzy? Jak niby miałby zostać wykonany i jak wygląda po nim kobieta?

Już? To teraz sprawdźmy czy mi i Tobie botoks rzęs kojarzy się tak samo. No więc: wyobraziłam sobie strzykawę zbliżającą się do twarzy. I w tym momencie w głowie pojawiło się pytanie: jak cienka musiałaby być igła, by trafić w rzęsę?! No więc może w powiekę, tuż obok rzęs? Niech już będzie ta powieka i że niby ten botoks wędruje z niej jakimś cudem medycyny alternatywnej do rzęsy. Może po połączeniach nerwowych? (KLIK! Tu rozwijamy synapsy)

Brr! No a jak wygląda kobieta po zabiegu? I tu zobaczyłam kogoś pokroju Donatelli Versace, z mega grubymi i podkręconymi rzęsami. Takimi wiecie, jak po nałożeniu trzech różnych tuszów. W końcu botoks rzęs! To jak? Czujecie się zachęceni?

A jak jest naprawdę?

Postraszyłam siebie, potem Ciebie, a następnie weszłam w artykuł. I odetchnęłam z ulgą. Botoks rzęs to nic innego, jak zabieg, który te rzęsy mocno odżywia, a przy tym modeluje je, przyciemnia i nieco pogrubia. Polega na liftingu rzęs (hoho! Też właśnie dowiedziałam się, że jest taki zwierz), pofarbowaniu ich i regeneracji specjalną odżywką. Teoretycznie więc, jeśli wierzyć zdjęciom, pozostaje efekt bardzo naturalnego makijażu rzęs.

Pozostałe informacje? Zabieg teoretycznie jest alternatywą dla codziennego tuszowania rzęs, ale nie przekonało mnie to. Dlaczego? Otóż, trwa około półtorej godziny, a efekty utrzymują się miesiąc, góra dwa. Cena za taką przyjemność? Jak się okazuje, botoks rzęs kosztuje ok. 200-250 zł.

Czy czuję się zachęcona?

Biorąc pod uwagę wysoką cenę, czas jaki trzeba spędzić w gabinecie kosmetycznym w stosunku do długości utrzymania się efektów zabiegu, nie bardzo. Fakt, że z takimi rzęsami można spokojnie pójść na basen, nosić soczewki i nic się nie rozmaże. Trwałość tu jest mocną stroną, która jednak mnie przekonuje. No i zaraz po obudzeniu się nie straszymy okiem z efektem chemioterapii.

Są więc i plusy, które z pewnością przyciągną żądne pięknego oka kobity. Być może i mnie kiedyś. Póki co jednak botoks rzęs oddam innym i zostanę przy tuszu.

Komentarze

komentarze