Powoli zbliża się czas Adwentu, a więc radosnego oczekiwania na święta, Mikołaja, wigilijną kolację, Boże Narodzenie i inne atrakcje. Adwent to w ogóle ciekawy czas – powoli zaczynamy mieć dość dekoracji świątecznych i wielkiego kiczowatego bałwana, którym udekorował w tym roku ogród sąsiad i codziennie wieczorem nastawiamy sobie budzik, żeby w końcu pójść na roraty. Po czym idziemy „na śpiocha” 23 grudnia i dwie godziny później w pracy zastanawiamy się czy rzeczywiście byliśmy, czy też nam się to śniło.

Jest jeszcze jeden ważny element Adwentu – kalendarz adwentowy, przeżywający obecnie renesans. Jak podaje ciotka Wikipedia, wymyślili go w XIX wieku niemieccy luteranie i to by się zgadzało, bo tak jakoś zawsze kojarzył mi się z niemieckimi mrożonymi tłustymi czekoladkami. Tak czy siak, słyszało się o kalendarzu adwentowym jako dziecko, ale się go, poza książkami, nie widziało. Pozostawał on w sferze dziecięcych, umazanych brudnymi od czekolady łapkami, marzeń. Nie mówiąc o tym, że właściwie nie miał sensu, gdyż Adwent jest również czasem wyrzeczeń. A czego może wyrzec się dziecko, jak nie słodyczy?

Potem nagle przestałam być dzieckiem. Właściwie nie tak nagle, ale przyszedł czas, że zamiast słodyczy, odmówiłam sobie w Adwent alkoholu. Takim byłam w czasach studenckich hardcore’em! W każdym razie skutkowało to tym, że słodycze jak najbardziej jadłam. Wtedy też nagle zaczęła pojawiać się coraz większa ilość kalendarzy adwentowych. Dwadzieścia cztery czekoladki, ukryte za drzwiczkami – co za radość! Każdego dnia, wstając na zajęcia, zastanawiałam się, jakim to kształtem uraczą mnie producenty. Czy będzie to dzwonek, bombka, choinka, myszka Miki czy dziwny czekoladowy zlep, jaki czasem trafił się w tych najtańszych kalendarzach?

W każdym razie, tradycja jedzenia czekoladek z kalendarza adwentowego weszła na stałe do mojego osobistego kalendarza tradycji. Uczy cierpliwości, bo w końcu to TYLKO jedna czekoladka dziennie. Jak człowiek ma wielką ochotę, to może zwariować, ale więcej nie zje. A poza tym, jest świetną rozrywką! Ile razy dyskutowaliśmy już, jaki kształt będzie dnia następnego? Ba, nawet zakłady obstawialiśmy!

Mało tego, gdy skończyłam studia, okazało się, że znana mi forma adwentowego kalendarza nie jest jedyną! I tak ujrzałam pewnego dnia w TK Maxie… kalendarz składający się z dwudziestu czterech małych lakierów do paznokci. Po kolorze na każdy dzień adwentu. To nie koniec – w tym roku widzę prawdziwy wysyp kalendarzy kosmetycznych, fotograficznych, biżuteryjnych i innych. Już przesada czy jeszcze nie? Czy doczekamy się w przyszłym roku uroczego kalendarza z dwudziestoma czteroma parami uroczych stringów z Mikołajem na każdy dzień?

Na fali popularności takiej „rozrywki” zaczęto przypominać sobie, że przecież rączki nie wyrosły nam z wiadomej części ciała i jesteśmy w stanie zrobić taki kalendarz własnoręcznie. Oczywiście, jako że po ostatniej porażce mam wstręt do „robótek ręcznych”, z pewnością takiego kalendarza nie zrobię. Zostawię to Wam. Pochwalcie się, co Wam wyszło:

Komentarze

komentarze